Jest agresywna, zagraża innym biedronkom, gryzie nawet ludzi. Naukowcy nie wiedzą, jak poradzić sobie z Harmonia axyridis, która niedawno pojawiła się także w Polsce- informuje "Gazeta Wyborcza".
Osiąga niemal centymetr długości. Nie zawsze jest czerwona, bywa żółta lub czarna, ma do 23 kropek oraz charakterystyczny garb na końcu pokryw.
- Zachodnia prasa już pisze o niej "biedronka morderca". Wymknęła się spod kontroli i nie ma na nią siły. Jak tak dalej pójdzie, wyprze nasze pozostałe biedronki - mówi Jacek Twardowski z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu.
Harmonia axyridis pochodzi ze środkowo-wschodniej Azji. Ma niepohamowany apetyt i właśnie dlatego w 1916 roku próbowano ją introdukować w Kalifornii, gdzie miała walczyć z mszycami - szkodnikami wielu upraw. W 1997 roku sprowadzono ją w tym samym celu do Europy Zachodniej. Szybko okazało się, że zaczęła wypierać inne owady. Silna, agresywna, inwazyjna i bardzo płodna biedronka opanowała niemal całe Stany Zjednoczone i część Europy Zachodniej. - Wystarczyły jej cztery lata, żeby zdominować całe terytorium Belgii, Holandii czy Szwajcarii - mówi wrocławski naukowiec.
- W Polsce mamy ich 76 gatunków, najliczniej występują dwu- i siedmiokropki. One żyją w zgodzie, w ogóle sobie nie przeszkadzając, tymczasem Harmonia nie liczy się z nikim - mówi dr Twardowski.
Azjatycki intruz wyjada mszyce, miodówki i pluskwiaki, które są pokarmem biedronek. Jest kanibalem, zjada także jaja m.in. siedmiokropek. Gryzie również ludzi, wywołując odczyn alergiczny. Zimą zlatuje do budynków, tworząc w murach kolonie składające się nawet z tysięcy osobników. Jest utrapieniem sadowników, bo nadgryza dojrzałe owoce. Sieje postrach w winnicach: przegryza skórkę i wchodzi do winogron. Jeśli potem trafi z takim winnym gronem do kadzi fermentacyjnej, zmienia smak i zapach wina, wydzielając woń przypominającą coś pomiędzy niedojrzałą papryką, surowym ziemniakiem a prażonymi fistaszkami.
- W dodatku właściwie nie ma wrogów. Nie da się potraktować jej chemią, bo przy okazji zginęłyby inne, Bogu ducha winne biedronki - mówi przyrodnik. - Nauka jest na razie wobec niej bezradna. Próbujemy przynajmniej oszacować, ile jej u nas jest.
W Polsce pojawiła się w 2006 roku, prawdopodobnie przyleciała z Niemiec. Pierwsze dwa osobniki zauważono w Poznaniu.
_________________ "Jeśli odnajdziesz 150-letni dąb, otul mgłą na jeszcze tyle lat, a drogowskazy odwróć na ślepe ścieżki i głoś, że ptak drapieżny stanął na czatach" Borys Rusko
Wysłany: 2008-06-02, 18:23 Żaba włochata łamie sobie kości....!?!!!
Łamie kości, by mieć pazury
Żaba włochata (Trichobatrachus robustus) łamie własne palce, by powstały pazury, które przebiją powłoki skórne poduszek palców. David Blackburn i zespół z należącego do Uniwersytetu Harvarda Muzeum Zoologii Porównawczej uważają, że to mechanizm obronny. Płaz zachowuje się w ten dziwaczny sposób, gdy czuje się zagrożony.
Podobne zjawisko występuje u 9 z 11 gatunków żab z rodzaju Astylosternus. Większość z nich zamieszkuje Kamerun.
Biolodzy dodają, że jak dotąd wysuwanie żeber na żądanie, by uzyskać coś w rodzaju drutu kolczastego pokrywającego klatkę piersiową, zaobserwowano np. u salamander. Był to jednak inny mechanizm niż u Trichobatrachus robustus.
Istnieją żaby, których nadgarstki pokrywają wyrostki kostne. Jednak u tych gatunków wyrastają one raczej przez skórę, a nie przebijają jej, gdy zajdzie taka potrzeba – uważa Blackburn.
Pazury żaby włochatej występują tylko w tylnych kończynach. W stanie spoczynku są osadzone w zbitkach tkanki łącznej. Pomiędzy kością palca a ostrym czubkiem pazura tworzy się kolagenowy most. Drugi koniec pazura jest podłączony do mięśnia. Gdy zwierzę czuje się zagrożone, kurczy mięśnie, co wypycha pazury na zewnątrz. Ostry czubek odłamuje się od końcówki kości i przebija poduszki palców. W rezultacie powstaje coś, co przypomina wysuwane pazury kotów, ale to tylko powierzchowne podobieństwo. Brakuje np. zewnętrznej warstwy z keratyny. Mamy do czynienia wyłącznie z kością.
Blackburn badał tylko nieżywe egzemplarze, dlatego nie wie, co się dzieje, gdy pazury się chowają, jeśli w ogóle się chowają. Ponieważ nie ma mięśnia, który odpowiadałby za wycofywanie pazurów, członkowie zespołu sądzą, że szpony samoczynnie cofają się do poduszki, gdy rozluźniają się mięśnie, które wypchnęły je przez skórę. Mamy do czynienia z płazami, nie zdziwilibyśmy się więc, gdyby niektóre części rany się zagoiły i tkanka zostałaby zregenerowana.
Już podane wcześniej informacje sprawiają, że Trichobatrachus robustus wydaje się, delikatnie mówiąc, nietypowa. Na tym jednak nie koniec rewelacji. Samce żaby, które osiągają długość 11 cm, wytwarzają w okresie rozrodu przypominające włosy długie wypustki skórne. Dzięki nim podczas opieki nad potomstwem mogą pobierać z otoczenia więcej tlenu.
W Kamerunie Trichobatrachus robustus są pieczone i zjadane. Myśliwi zaczajają się na nie z włóczniami i maczetami. Tylko tak udaje im się uniknąć kontaktu z pazurami.
_________________ Pozdrawiam Eryk
(Szukajcie mnie w Borach Dolnośląskich)
Między błotami swój żywot prowadzi
Kulig, na długich przeto nogach chodzi.
Nie wdzięcznym, ale głośnym krzyczy głosem
Pokiwając na wsze strony nosem".
Mateusz Cygański
Mądrość nie popłaca
Piotr Cieśliński2008-06-05, ostatnia aktualizacja 2008-06-04 18:04
Dlaczego u wielu zwierząt ewolucja nie rozwija sprytu, pamięci czy naturalnej zdolności do uczenia się? Bo rozum często kosztuje więcej niż jest tego wart - wskazują badania prof. Tadeusza Kaweckiego
Głupiutkie muszki owocowe mogłyby być mądrzejsze niż są. Grupa biologów ewolucyjnych pod kierunkiem prof. Kaweckiego od lat eksperymentuje na tych owadach - najpierw na uniwersytecie w szwajcarskim Fryburgu, od roku w Lozannie. Muszki szybko się rozmnażają, łatwo mutują i żyją z reguły nie dłużej niż 50 dni. Dla genetyków są wymarzonym poligonem badań.
- Wyhodowaliśmy muszki o większej zdolności do uczenia się, a także o lepszej (dłuższej) pamięci niż w naturze - mówi prof. Kawecki. W jaki sposób? Owady miały do wyboru szalki z galaretką pomarańczową lub ananasową. Ale jedna z galaretek była doprawiona gorzką chininą - nęciła więc zapachem, ale kiepsko smakowała. Muszki, które potrafiły zapamiętać gorzką lekcję, trzymały się od niej z daleka i składały jaja w drugiej szalce. Nawet długo potem, kiedy podsuwano im galaretki już bez żadnej goryczy. Z ich potomstwem badacze powtarzali cały cykl selekcji i już po 15-20 pokoleniach wyhodowali muszki, które dużo szybciej się uczyły. W mniej niż godzinę potrafiły skojarzyć dany zapach z gorzkim smakiem (zwykłym muszkom zajmowało to kilka razy więcej czasu). Równie szybko zaczynały unikać też innych zagrożeń - np. kiedy wybór jednej z galaretek badacze karali nieprzyjemnymi wibracjami mechanicznymi. Poza tym dłużej pamiętały o swoich kulinarnych uprzedzeniach.
- Jeśli w laboratorium można łatwo selekcjonować rozumniejsze muszki, dlaczego ewolucja nie wykorzystuje tego potencjału w naturze? - pyta prof. Kawecki. Dobór naturalny popiera cechę, jeśli korzyści z niej płynące przewyższają minusy. Badacze domyślali się, że lepsza pamięć i zdolności muszą więc wiązać się u muszek ze zbyt wysokimi kosztami. Ale jakimi?
- Już kilka lat temu wykazaliśmy, że larwy lepiej uczących się muszek mają większą śmiertelność, kiedy przyjdzie im się rozwijać w środowisku, w którym brakuje dostatecznej ilości pożywienia - mówi naukowiec. W trudnych warunkach przeżywa aż 80 proc. larw zwykłych muszek, a tylko połowa tych "rozumniejszych". - Teraz dowiedliśmy, że upośledzone są również dorosłe osobniki: żyją średnio o 15 proc. krócej, a pod koniec życia mają nieco mniejszą płodność. Szczegóły tych badań publikuje w internecie pismo "Evolution".
Kosztowny mózg
Rozwój nieco wyższej inteligencji w jakiś sposób skraca długość życia muszek. Co więcej, istnieje też zależność odwrotna. Badacze zbadali odmianę muszek-matuzalemów i okazało się, że są one mniej pojętne od przeciętnych przedstawicieli swojego gatunku. Dlaczego? - Nie znamy mechanizmów fizjologicznych, które do tego prowadzą - mówi naukowiec. Podejrzewa, że chodzi o koszty związane z rozwojem i utrzymaniem lepszego mózgu: - Proces starzenia przyspiesza wtedy, kiedy organizm nie inwestuje już dostatecznej energii w przeciwdziałanie degradacji tkanek i naprawianie szkód, np. wywołanych przez wolne rodniki. A zasoby energii są ograniczone - można je wydać na wzrost, system obrony, większą płodność albo ulepszenie układu nerwowego. Jeśli bardziej skorzysta jedna z tych funkcji, to inne ucierpią.
Wyprodukowanie i utrzymanie mózgu wyjątkowo dużo kosztuje. U człowieka stanowi on ledwie 2 proc. wagi całego ciała, ale w spoczynku (np. w pracy za biurkiem) zużywa średnio aż 20 proc. energii (a u niemowląt prawie 50 proc.). Oczywiście, dla much te proporcje są mniej dramatyczne, ale niewątpliwie mają znaczenie.
Słowem, muszki owocowe jako gatunek mogłyby usprawnić swój układ nerwowy, ale w naturze nie opłaca im się inwestować w inteligencję, gdyż bilans kosztów i zysków tej ewolucyjnej zmiany jest negatywny. To może być odpowiedź na pytanie, dlaczego inne gatunki nie rozwijają się umysłowo, choć mają taki potencjał.
Antylopa nie może zastanawiać się, czy lew ma złe zamiary - instynkt każe jej uciekać. Gdyby zbyt wiele myślała na sawannie, długo by nie pożyła.
Liczy się spryt, nie siła
Czy to samo dotyczy też człowieka? Prof. Kawecki: - Wyniki naszych badań trzeba interpretować ostrożnie. Żyjemy np. dłużej niż nasi praprzodkowie, mimo że jednocześnie zwiększyła się objętość i możliwości naszego mózgu. Ale niewątpliwie ponieśliśmy jakieś inne koszty, może produktem ubocznym są niektóre choroby. Warto zwrócić uwagę na dużą śmiertelność niemowląt w epoce przedindustrialnej. Była ona większa niż u zwierząt, bo niemowlęciu z powodu dużej objętości głowy było o wiele ciężej przyjść na świat. Co więcej, ludzkie dzieci są bardzo długo niesamodzielne, zaczynają życie bez żadnego "wrodzonego" doświadczenia, wiele lat muszą się uczyć i pozostawać pod opieką rodziców (w Szwajcarii czasem nawet do 40. roku życia - śmieje się badacz).
Czy dojdziemy do jakiegoś progu, kiedy wzrost inteligencji Homo sapiens przestanie być ewolucyjnie opłacalny?
- Najpierw trzeba byłoby odpowiedzieć na pytanie, do czego potrzebny był nam potężniejszy umysł? - mówi naukowiec. - Jest wiele hipotez. Do mnie najbardziej przemawia ta, według której nie chodziło wcale o to, by sprawniej orientować się w terenie, znajdować pokarm, czy też oceniać, jakie zwierzę stanowi dla nas niebezpieczeństwo. Większa inteligencja zapewniała człowiekowi zdobycie pozycji w grupie, zawierania sojuszy, wyrabiania prestiżu. To samo obserwujemy teraz w społecznościach szympansów, gdzie o statusie decyduje nie siła, ale spryt i lepsza inteligencja społeczna. Możliwości naszego mózgu rosły więc w wyniku swoistego "wyścigu zbrojeń" w obrębie gatunku. Chodziło o to, by być lepszym od innych w grupie, bo wyższa pozycja dawała mężczyznom m.in. dostęp do kobiet, a więc większej liczby potomstwa, a kobietom ułatwiała start życiowy ich dzieci. Słowem, co lubię podkreślać, inteligencja była potrzebna Homo sapiens do prowadzenia polityki.
Trudno jednak w to uwierzyć, patrząc na niektórych polityków?
Prof. Kawecki: - (śmiech) Obecnie już nie ma związku między pozycją społeczną i ilością potomstwa. Dobór naturalny przestał w ten sposób działać. Zresztą, jak czytałem relacje z debaty w polskim Sejmie, to również nie miałem wrażenia, by nasi politycy wykorzystywali swój potencjał ewolucyjny w dziedzinie inteligencji. Zwłaszcza ci, którzy negowali sam fakt ewolucji.
We włoskim rezerwacie przyrody w Prato koło Florencji mieszka sarna z jednym rogiem pośrodku głowy.
Jednoroczniak o wiele mówiącym imieniu Jednorożec przyszedł na świat w miejscowym Centrum Nauk Naturalnych, którym kieruje Gilberto Tozzi. U zwierzęcia musiała wystąpić jakaś wada genetyczna, ponieważ jego bliźniak urodził się z dwoma rogami.
Tozzi po raz pierwszy spotkał się z takim przypadkiem. Wg niego, podobne anomalie mogły występować w przeszłości, stąd mit o jednorożcu, który nie byłby w takim razie li tylko wytworem ludzkiej wyobraźni. Część specjalistów uważa, że ukuty w starożytności mit o jednorożcu to pokłosie dywagacji dotyczących pochodzenia spiralnie skręconych siekaczy narwala. Jego właściciela błędnie uznano za zwierzę lądowe.
Eksperci dodają, że sarny z jednym rogiem są rzadkie, ale jeszcze bardziej niezwykłe jest umiejscowienie rogu na środku głowy koziołka. Fulvio Fraticelli, dyrektor naukowy rzymskiego zoo, twierdzi, że róg nie znajduje się dokładnie na czubku, ale jest lekko przesunięty na jedną stronę głowy. Wg niego, świadczy to o tym, że koziołek nie jest wybrykiem natury, ale ofiarą wypadku z wczesnego dzieciństwa.
Podobieństwo do mitologicznej istoty skłania ludzi do myślenia o nim w równie magiczny sposób. Nasz samczyk chyba wie, że jest inny od swoich pobratymców, dlatego tak trudno go dojrzeć - spekuluje Tozzi. Matka Jednorożca trafiła do Centrum parę lat temu, po tym jak w Apeninach została potrącona przez samochód.
Adam Wajrak
2008-06-17, ostatnia aktualizacja 2008-06-17 00:11
Kukułka przychodzi na świat wcześniej niż ptaki, którym została podrzucona. Zwykle po 11-12 dniach. Dobę potrzebuje na okrzepnięcie i wywalenie "rodzeństwa" z gniazda
Bardzo dziękuję za państwa listy, choć niektóre mnie zasmuciły. Szczególnie ten od pana Marka Pierzynowskiego. Otóż w Szczawnicy straszy stary basen, który - poza tym, że ohydnie wygląda - jest też pułapką wabiącą tysiące żab. Płazy, które do niego wpadają, czeka powolna śmierć z głodu. Apeluję do władz Szczawnicy, aby żaby jak najprędzej wydobyły, a basen zasypały. Można też go otoczyć żaboodpornym płotkiem. To niewielka inwestycja i kurort powinno być na nią stać. Za to władzom Łodzi gratuluję sprawnej akcji z łosiem. Choć zwierz było naprawdę blisko centrum w przeciwieństwie do Warszawy, obyło się bez broni palnej. Łosia uśpiono i wywieziono do lasu.
A teraz o czymś innym.
Odwiedził mnie niedawno znany przyjaciel ptaków Waldemar Krasowski. Od razu się pochwaliłem, że na podwórku mam gniazdko zaganiacza, czyli ptaszka, który podobno potrafi rozpoznawać i usuwać z gniazda kukułcze jaja. - A ja znalazłem w lesie gniazdo rudzika z jajkiem kukułki - odpowiedział Waldek, a mnie zatkało. Pisklę kukułki w gnieździe widziałem raz, lata temu w Hiszpanii. Potem trafiłem tylko na latającego już kukułczaka karmionego właśnie przez rudziki.
Waldek przyłapał kukułkę mamę na wynoszeniu jajka prawowitych właścicieli. Wiedział też, od kiedy rudzik zaczął wysiadywać. Udało się nam więc ustalić, kiedy kukułka się wykluje.
Kukułka przychodzi na świat wcześniej niż ptaki, którym została podrzucona. Zwykle po 11-12 dniach. Dobę potrzebuje na okrzepnięcie i wywalenie "rodzeństwa" z gniazda. Nieważne, czy w formie jaj, czy piskląt. Mała kukułka ma nawet specjalne zagłębienie na plecach, w którym wynosi jaja za burtę.
Kiedy podeszliśmy do znajdującego się na ziemi gniazda, przez chwilę rudzik siedział w nim dzielnie i twardo. Potem jednak odleciał, a my zobaczyliśmy trzy jaja i świeżo wyklutego podrzutka. Szybko zostawiliśmy go w spokoju. Już zacierałem ręce, już się cieszyłem, że wreszcie zobaczę, jak rozwija się kukułka. Rudzików było mi oczywiście szkoda. Miały pecha, ale z drugiej strony przecież dały się oszukać.
W powszechnym mniemaniu to wielki intensywnie ubarwiony w środku dziób małej kukułki każe przybranym rodzicom ją karmić. Nie do końca tak jest. Grupa naukowców z Uniwersytetu w Cambridge wykazała, że niezwykle ważny jest intensywny dźwięk wydawany przez pisklę. To właśnie on miesza w głowach przybranym rodzicom. Każe im karmić jedno pisklę z taką samą częstotliwością i wydajnością, jakby to była trójka lub czwórka ich własnych dzieci. Do jednej gardzieli pakują tyle owadów co do kilku. Naukowcy pokazali, że gdyby podrzucić pisklę drozda lub kosa trzcinniczkom, te co prawda go karmią, ale niezbyt intensywnie. Gdy tylko puścić z magnetofonu głos młodej kukułki, zaczyna się szaleństwo karmienia. Za pomocą głosu kukułka zmusza przybranych rodziców, by ją karmić nie tylko intensywnie, ale i dłużej. Trzcinniczki opiekowały się podrzutkiem o 10 dni dłużej niż swoimi własnymi dziećmi.
Po co to kukułce? Bez tego wołania karmiona byłaby rzadziej i nie miałaby szansy dorosnąć. A dojrzała jest od swoich żywicieli kilkakrotnie większa.
Niestety, pod dwóch dniach okazało się, że gniazdo jest puste. Znikły i kukułka, i jaja. Zapewne wszyscy mieszkańcy zostali zjedzeni. Mogła to być mysz leśna, kuna albo sójka. Lista podejrzanych tu, w puszczy, jest długa. Wyszło na to, że nie tylko rudziki miały pecha. Kukułka też.
Dziennik
Środa, 25 czerwca 2008
Polskim wróblom grozi zagłada
Dziennik 14:05
Ornitolodzy biją na alarm: wróble - jeszcze do niedawna jedne z najbardziej popularnych ptaków w Polsce - mogą wyginąć alarmuje "Dziennik".
Choć wróble są w Polsce od kilku lat objęte ochroną, ich liczebność z roku na rok maleje. "W miastach oraz na wsi wycina się krzewy i zarośla. A to dla wróbli bezpieczne miejsca lęgowe oraz schronienie przed drapieżnikami" - mówi "Dziennikowi" koordynator akcji liczenia ptaków z OTOP Andrzej Marczewski.
Wróbel jest ze swojej natury domatorem - przez całe życie nie odlatuje dalej niż na kilometr od miejsca, w którym przyszedł na świat. Oznacza to, że jeśli spotykamy Elemelka na balkonie czy parapecie, jest on naszym sąsiadem. I tylko w naszej okolicy może szukać pożywienia.
"Ma on dziś ciężki los. A na dodatek śmieci pakujemy w foliowe worki, nie może więc żerować w odpadkach" - tłumaczy Andrzej Węgrzynowicz z Instytutu Zoologii PAN.
Do wyginięcia wróbla, według najnowszych hipotez, przyczynia się również jego wrodzone tchórzostwo. "Każdy ptak stoi przed wyborem: albo, gdy w danej chwili jest jedzenie, jeść do granic możliwości, na zapas, ale wówczas stawać się cięższym, mniej zwinnym i bardziej narażonym na atak drapieżnika, albo... nie przejadać się, mieć kondycję, lecz ryzykować głodem" - tłumaczą ornitolodzy. Niestety, wróble należą do tych ptaków, które tak boją się ataku drapieżnika, że nigdy nie robią sobie zapasów.
Możemy jednak uratować wróble, wystarczy zbudować karmnik i regularnie karmić ptaki i nie wycinać krzewów, by miały gdzie budować gniazda. Warto to zrobić, bo ekolodzy podkreślają: "stratę wróbla bardzo szybko odczujemy na własnej skórze - ten mały ptak zjada ogromne liczby owadów i szkodników"
Małpy dostaną prawa człowieka
HISTORYCZNE ZMIANY W HISZPANII
Cytat:
Wszystko wskazuje na to, że prawo do życia i prawo do wolności zostaną przyznane małpom naczelnym. Będzie to pierwszy przypadek w historii ludzkości, kiedy fundamentalne prawa człowieka zostaną przyznane również nie-ludziom. Na razie w Hiszpanii.
Parlamentarna komisja ds. środowiska naturalnego już zaaprobowała odpowiednią rezolucję, którą wkrótce przegłosuje parlament. Hiszpania będzie więc prawdopodobnie pierwszym krajem na świecie, gdzie wejdą w życie postulaty Grat Ape Project.
- To historyczny dzień w walce o prawa zwierząt i ochronę naszych ewolucyjnych towarzyszy, który bez wątpienia przejdzie do historii ludzkości - powiedział szef hiszpańskiego Great Ape Project Pedro Pozas. - Choć nie ma informacji o tym, by małpy były wykorzystywanie w eksperymentach w Hiszpanii, to obecnie nie ma prawa zapobiegającego, by to się stało - dodał.
To historyczny dzień w walce o prawa zwierząt i ochronę naszych ewolucyjnych towarzyszy, który bez wątpienia przejdzie do historii ludzkości.
Pedro Pozas, szef Great Ape Project w Hiszpanii
Co jeszcze zmienią nowe przepisy? Nie będzie można wykorzystywać małp człekokształtnych w cyrkach, ani do reklam telewizyjnych. Choć trzymanie ich w ogrodach zoologicznych nie będzie zakazane, to warunki ich życia zostaną znacznie polepszone.
Great Ape Project (Projekt Wielkich Małp) jest inicjatywą światowej sławy filozofów, badaczy małp, psychologów i innych naukowców, działających na rzecz przyznania podstawowych praw naszym najbliższym kuzynom. Do tej grupy należy m.in. sławny australijski etyk Peter Singer, bezdyskusyjny autorytet jeśli chodzi o życie naczelnych - dr Jane Goodall, czy brytyjski ewolucjonista Richard Dawkins.
W Hiszpanii, znanej m.in. z korridy, zachodzą teraz fundamentalne zmiany, nie tylko zresztą jeśli chodzi o prawa zwierząt. Jeszcze w latach 70. XX wieku nie były tam zalegalizowane rozwody, a niedawno premier Jose Luis Zapatero zezwolił na zawieranie związków homoseksualnych.
Artur Brykner 2008-06-27, ostatnia aktualizacja 2008-06-28 13:10
Małą pustułkę, która jeszcze nie potrafi latać, znalazł na chodniku przy Urzędzie Miasta Karol Gawroński, pracownik wydziału gospodarki nieruchomościami. Zaopiekował się ptakiem, który najprawdopodobniej wypadł z gniazda, jakich wiele pustułki mają w śródmieściu, m.in. na gorzowskiej katedrze.
Pan Karol zawiadomił firmę Poraj, której właściciel - Wawrzyniec Zieliński - zbudował niedawno obok swoich szklarni (przy "betonówce" między ul. Walczaka i Wawrowem) wolierę oraz małe zoo. - Ptak jest bezpieczny. Karmiony delikatnym mięsem. Będzie tu do chwili, aż nauczy się latać - mówi Wawrzyniec Zieliński, który jest także hodowcą gołębi i ma kolekcję kilkudziesięciu egzotycznych ptaków. - To już druga pustułka, którą uratowali gorzowianie. Dwa dni temu jeden z mieszkańców przywiózł do nas pustułkę, którą zauważył, gdy biegała przy katedrze. Ten mały drapieżnik także nie potrafił jeszcze latać.
Oba ptaki, gdy tylko podrosną, zostaną wypuszczone na wolność. Właściciel firmy Poraj zadeklarował, że przyjmie pod opiekę każde małe pisklę lub zagubione dzikie zwierzę, które znajdą na ulicy gorzowianie. - Mam warunki do trzymania różnej wielkości zwierząt i ptaków. Na miejscu są specjaliści, którzy potrafią zajmować się zwierzętami. To dla młodych zwierząt, zazwyczaj porzuconych przez dorosłe osobniki, może być jedyny ratunek - mówi Zieliński.
To ważna deklaracja - w centrum Gorzowa w ostatnim czasie pojawiają się masy zwierząt. Była już kacza rodzinka i borsuk, uchwycone w kamerach monitoringu. Na obrzeżach miasta spacerowały m.in. koziołek i dzik.
Nad Morskie Oko dojdziesz tylko sposobem
REMONT NAJPOPULARNIEJSZEJ DROGI W SZCZYCIE SEZONU
Od środy droga na Morskie Oko będzie częściowo wyłączona z ruchu, a od 1 września - całkowicie zamknięta. Pomysł na remont najpopularniejszego szlaku turystycznego w Tatrach nie jest zły, ale wybrany okres - fatalny.
W sezonie turystycznym drogą nad Morskie Oko każdego dnia przechodzi nawet 10 tysięcy osób. Teraz napotkają wielkie utrudnienia a od września nad jezioro będą mogli dotrzeć idąc górskim obejściem.
Latem drogę nad jezioro pokonuje nawet 10 tys. osób dziennie
- Dzisiaj podjęliśmy decyzję, wspólnie z Tatrzańskim Parkiem Narodowym i wykonawcą, że od 1 września na co najmniej dwa miesiące droga do Morskiego Oka będzie definitywnie zamknięta - zapowiedział we wtorek starosta tatrzański Andrzej Gąsienica-Makowski.
- Będzie bardzo utrudniony ruch w rejonie remontowanych osuwisk - dodał starosta. Do końca sierpnia fiakrzy będą mogli wozić ludzi do Morskiego Oka, od września stanie się to już niemożliwe.
"Tygodnik Podhalański" donosi, że od 1 września nad najpopularniejsze tatrzańskie jezioro będzie można się dostać jedynie długim, górskim obejściem. Wprawnemu turyście pokonanie tej drogi zajmie ok. 5 godzin.
Koszt remontu drogi szacowany jest na ponad 5 mln. zł. Inwestycję współfinansuje Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju. Sama trasa powstała w 1902 r. jako droga bita z tłucznia wapiennego. Zmodernizowano ją na przełomie lat 50. i 60. XX wieku.
Tykocin > Ptasie gniazda zasypane w żwirowni
Co najmniej trzysta ptasich gniazd zostało zasypanych zwałami żwiru. W kopalni odkrywkowej pod Tykocinem, podczas prac niwelacyjnych, zginęły setki piskląt, w tym niezwykle rzadki gatunek - żołna. Pracownicy żwirowni zrównali teren - bo jak mówią - nie wiedzieli, że są tam gniazda.
Takie kopalnie to idealne miejsce dla ptaków, które zakładają gniazda w ziemi. W żwirowni pod Tykocinem osiedliły się ich tysiące. To głównie jaskółki brzegówki, ale razem z nimi gniazda założyły tu żołny. To unikatowy gatunek. W Polsce żyje około sześćdziesięciu par. Tu zamieszkały cztery. Teraz gniazd już nie ma. Zniszczyła je koparka.
To były jedyne gniazda żołny w Podlaskiem. Właściciel kopalni - Urząd Miejski w Tykocinie - tłumaczy, że tam, gdzie gniazda były widoczne, koparka nie pracowała. Gniazd w tej części żwirowni nikt nie zauważył. - W tej części mniejszej, starej, zarośniętej gniazda były niewidoczne. Sprzęt tam pracował i zostały tu zniszczone – tłumaczy Krzysztof Wnorowski z Urzędu Miejskiego w Tykocinie.
Młode orły przednie opuściły gniazda
12 młodych orłów przednich opuściło w ostatnich dniach gniazda w Karpatach - poinformował Marian Stój z Komitetu Ochrony Orła.
- W tym roku orły do lęgów przystępowały rzadziej niż rok wcześniej, ale lęgi były bardzo skuteczne. W dwóch gniazdach wychowało się nawet po dwa pisklęta, co jest rzadkim przypadkiem - powiedział Stój.
W ubiegłym roku gniazda opuściło 16 orłów, a rok wcześniej tylko cztery. Udane lęgi zanotowano m.in. w 2002 r., kiedy gniazda opuściło 14 młodych orłów i w 2001 r. - 11. Młode orły do zimy będą przebywać w towarzystwie rodziców. Dojrzałość płciową osiągną dopiero za cztery lata. W Polsce żyje około 35 par orłów przednich. Najwięcej, bo ponad 30 par, bytuje w Karpatach - głównie w Beskidzie Niskim i Bieszczadach. Poza Karpatami można je spotkać także na Mazurach.
Długość ciała orła przedniego przekracza 80 cm, a rozpiętość skrzydeł - dwa metry. Ptak gniazduje w miejscach niedostępnych, w koronach wysokich drzew lub na skałach.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Możesz załączać pliki na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum