PRZYRODA Strona Główna PRZYRODA
Forum dyskusyjne PRZYRODA to doskonale miejsce do wymiany informacji, poszerzania wiedzy, rozwiazywania problemow i wszystkiego co tylko zwiazane z przyroda i jej ochrona.

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Ekwador
Autor Wiadomość
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-15, 09:55   Ekwador

Hej,
dla wielbicieli niezrównanej prozy Tomka Raczyńskiego i jego fotek zakłądam nowy wątek. Szczegóły jego południowo-amerykańsko-pacyficznych przygód dotąd były w wątku o Chile. Co bylo tylko częściowo zgodne z prawdą, więc posanowiłem założyć nowy wątek.
Zresztą jeden post rejsowy mi umknął przypadkiem, wiec tam też się jeszcze kilka fot pojawi :)

Cytat:
Hola!!
No i sie stalo sie, wyladowalem w Ekwadorze. Pierwszy raz w tropikach. Ale po kolei. Pierwsza rzecza jaka zobaczylem z Ekwadoru, to byly namorzyny wylaniajace sie z porannej mgly. Wtedy wlasnie doplywalismy do Portu Bolivar. W koncu jakas odmiana po tych albatrosach. Tu lataly fregaty, kurde w zyciu bym nie pomyslal, ze one sa takie olbrzymie. One sa praktycznie takiej samej wielkosci jak pelikany. Tylko ze sa lzejsze i bardziej zwinne. Sa super lotnikami, lataja lekko i nic nie maja z bombowcowego lotu pelikanow, ktorych tam tez bylo sporo. Lataly tez jakies jaskólki i kormorany, ale ich bylo znacznie mniej niz w Chile i daleko. Oczywiscie tez troche czapli w kolorze bialym, pewnie te same co na poludniu Europy. W koncu pierwsze owady, lataly nam nad statkiem motyle, ladne duze, ale tak szybko smigaly, ze poza stwierdzniem: zolty - nic wiecej na jego temat nie mozna powiedziec, nie mowiac juz o zdjeciu. Pol dnia czekalismy zanim wszytko nam Ekwadorczycy sprawdzili, zaszczepili na febre tych co nie byli szczepieni itd...
Ale w koncu zeszlismy na lad - wszyscy Peruwiancy i ja jedyny bialas. bylem tak szczesliwy ze jestem na brzegu, ze zaladowalem swoje ciemadany (a mam ich naprawde duzo, dwa duze plecaki maly plecak i torbe foto) do pierwszej taryfy i kazalem sie wiesc do Machala, skad odchodza busy do Guayaquil. Gdyby nie peruwiancy to bym nie wziol paszportu. Juz odjezdzalem, a Peruwiancy, z ktorymi sie przed chwila zegnam, krzycza: paszport. No i fakt, musialem z agentem (tzn taryfa za agentem) jechac pod jakies biuro, w ktorym spradzano nasze dokumenty. Nie widzieli mnie tam na oczy, a stalem sie szczesliwym posiadaczem pieczatki Ekwadoru z wpisem, ze moge tu siedziec 90 dni, niezle bo chyba normalnie mozna 30:-). Czekajac na busa musialem głupio wygladac. Po Chile jakos srednio mi sie podoaly latynoski, a tu ja nie moge. Stalem z rozdziawiona geba i sie patrzylem na te kolorowe twarze, biusty nogi i pupy w obcislych spodnaich. Kurde po dwóch miesiacach na morzu, gdzie za towazystwo ma sie brudnych (tak samo jak ja) rybakow, albatrosy i ryby - to nagle odkrycie na nowo, ze istnieje cos takiego jak plec przeciwna wywoluje szok. Zwlaszcza, ze chyba naprwde latynoski tu sa ladniejsze niz w Chile, moze to sprawka klimatu??? Albo tego, ze sa bardziej ciemne??? Bo Chile jest bardzo bialaskie. Najfajniejsze sa te koloru czekolady z mlekiem, gdzie jest wiecej mleka, mniam... Nawet murzynki, ktore tak normalnie sa brzydkie (owszem jakies ladne pokazuja w telewizji, ale to chyba selekt z kilku milonow, albo sa stad :-) - to tu sa sliczne. Dobra, przepraszam za te seksistowskie uwagi, ale jakos musialem to z siebie wyzucic, a ze nie mam z kim tu po ludzku pogadac to chociaz se napisze:-)
Czekajac ma busa mialem spotkanie. Zaczepil mnie jakis Niemiec i pytal czy jestem z Europy i chcial zebym mu pozyczyl kase, bo niedawno go doszczetnie okradli. Okradli go na granicy Peru i Ekwadoru. Nie wiem, co we mnie wstapilo, generalnie nie lapie sie na takie chwyty, no a pozatem to German, wrog Sloweian!! Wiec najmocniej przepraszam mam nadzieje ze to sie wiecej nie powtorzy i zamiast mu wrzasnac w twaz dobrze ci tak faszysto!!! i pokazujac przeds siebie palec powiedziec srogo: raus!!! pozyczylem mu 100 baksow (ciekawe czy odda, nie wymagam tego od niego) W sumie ten niewyjasniony przyplyw altruizmu, tlumacze tym, ze se pomyslalem, ze rownie dobrze mnie mogliby tu okrasc, a to jest super niemile, jak zostajesz w obcym kraju bez grosza przy duszy , nie znajac jezyka i masz samolot za dwa tygodnie. Ponadto ci dobrzy Niemcy (pewnie z tych zaprzyjaznionych Niemiec czyli DDR) podwozili mnie rok temu na stopa w Islandii, wiec jednemu moge pomoc... Rowniez go nakarmilem, jadl dosyc zachlannie widac, ze byl glodny. Raczej nie wygladal na takiego, co wyludza kase, jesli tak - to gral baaardzo dobrze. Zreszta jest pewne, ze byl Niemcem, bo akcent mial typowo niemiecki. A o kradziezach tutaj sie juz bardzo duzo nasluchalem.
Podroz do Guayaquilbyla wygodna. Z okna busa (a wlasciwie samochopdu osobowego na kierowce i 7 pasazerow) Ekwador wyglada super. Nadmorska dolina a dalej gory. Po horyzont pola bananow lub trzciny cukrowej, tzn. trudno powiedziec czy po horyzont, bo te zielska maja po pare metrow i trudno powiedziec, jak duze jest pole, ale przez wiekszosc drogi rosly banany czasem gdzieniegdzie trzcina cukrowa.
Pierwszy nocleg mialem w jakims wypasionym hotelu. Nie chcialem szukac po nocy czegos tanszego. Mialem mase bagazy, a ponadto ta opinia miasta bandytow.... Zabulilem za jedna noc prawie 100 baksow. Pokoj wypas, obsluga gada po murzynsku, ale ja wole cos tanszego...
Waluta to tez ciekawy temat. Pare lat temu Ekwador przeszedl na dolara amerykanskiego. Ciekaw jestem czy jak sie kryzys utrzyma i dolar bedzie mniej stabilny niz rubel transdniestrzanski, to nie przerzuca sie na Euro lub Jena??? Aaaa i jeszcze tak uwaga dotyczaca Ekwadoru. W Guayaquil tego nie widac, ale po drodze jak najbardziej. Tu sa takie durne przepisy, ze podatek od nieruchomosci placi sie po skonczeniu budowy domu. Efekt... wiekszosc domow nie jest dokonczonych. Mogliby to u nas zrobic, juz widze biurowce w Warszawie z dwoma pietrami niedokonczonymi, coby podatku nie placic:-)
Wracajc do hotelu. Okazalo sie, ze jest on obok dzielnicy grzechu. Pelno tu kasyn oraz zostalem obcmokany przez panie, ktore mialy nadzieje wyssac troche mojego materialu genetycznego wraz z denjros. Proba sie im nie powiodla, pewnie przez to, ze nie zabralem ze soba lez cyganki, coby mnie ochronily przed HIV. A gdzie ja tu cyganke znajde?? Poza tym miasto robi na poczatek niezbyt mile wrazenie. W centrum mnostwo policji i ochrony z bronia. Ochroniarz przed Hiltonem, co trzyma kurczowo oburacz szotgana, to nie wiem czy wzbudza w gosciach hotelowych poczucie bezpieczenstwa. W przewodniku jest napisane, ze turysci przyczepili do tego miasta nieslusznie czarna etykiete, bo wcale tu nie jest gorzej niz w Quito. Fakt, na poczatku sie balem, teraz juz luz, w sumie jak wszedzie jest mase policji i ochrony, to mozna czuc sie bezpiecznie, a nocami sie i tak nie szwendam. Sa wypisane dzielnice w Lonley Planecie, gdzie jest luz - czyli centrum, promenada nad rzeka (kurde lepszej nowoczesnej promenady jeszcze w zyciu nie widzialem, londek paryz niech sie wstydzi!! muzeum, wejscie za darmo, przynajmniej w niedziele, tez maja wypas w Olsztynie dlugo takiego nie bedzie!!) i stara dzielnica obok, ktora jest super i bardziej mi sie kojarzy z Neseberem niz z Ameryka Lacisnska. Zreszta miasteczko tez jest duze bo to moloch majacy 3 milony mieszkancow, 2x wiecej niz stoleczne Quito. No i turystow niezbyt wiele:-)
Ciekawostka tu jest to, ze wiekszosc ulic jest jednokierunkowa. A że to nowy swiat, wiec miasto bylo projektowane bardziej z glowa. Jesli ktos chce zobaczys siedmiopasmowke jednokierunkowś - to zapraszma do Guayaquil.
U nas, w Ekwadorze, jest kilka super rzeczy, jedna z nich to soki, zamawiasz na ulicy i za dolara dostajesz kubek 0,75ml lub litra soku przy tobie wycisnietego z ananasa lub jakiegokolwiek innego owocu z lodem (niestety), mlekiem i cukrem z trzciny cukrowej, pychota... Jak kubek jest mniejszy, to jest dokladka:-) Zarcie tez jest luz. Za 5-7 dolcow zjesz super objad popijajac piwem. Tylko... Jak to mowi Cejrowski "chce jesc brudno jem brudno i niech sie sanepid nie wtraca". Tylko co z tymi, co chca jesc czysto?? Nie maja za bardzo wyboru, tzn wybor jest. Mozna jesc brudno, troche brudno i bardzo brudno. Ja staram sie jesc w tych restauracjach "troche brudno" ale... Zamowilem sobie krewetki z frytkami, pychota i tanizna, ale jak sie okazalo krewetki nie sa jedynymi stawonoagami na moim talerzu, z frytkami usmazyly sie dwa prusaki:-) Nie zeby mnie to przerazalo, tylko je zrzucilem z fryty i zjadlem danie, ale nastepnym razem bede musial sprobowac:-) Zreszta karaluchami nie ma co sie przejmowac, w moim drugim hotelu, juz za 14 dolcow, jest ich cala armada... W sumie przyjscie do pokoju zaczynam od likwidacji tych najbardziej bezczelnych i nie chcacych sie schowac przed przyjsciem bialego pana. Tak naprawde, to te owady sa tu w srodowisku naturalnym. To wiec tak, jakby sie oburzac, ze latem w twoim pokoju lataja muchy. No, lataja, zabijesz, przyleca z dworu nowe - tak samo jest tu z karaluchami. Albo sie z nimi zaprzyjaznisz, albo tu nie przyjezdzaj.
Fajnie tez widac drobna przedsiebiorczosc. W Europie nieletni nie moga kupowac papierosow, a u nas w Ekwadorze sześciolatek chodzi po restauracjach i sprzedaje papierosy. Mozna tez na ulicy kupic cole lub lemoniade na kubki. Chodzi Pan z galonowa butelka napoju w jednej ręce, a w drugiej z jednorazowymi kubkami i sprzedaje na miejscu napoje.
A'propos zarcia - to zaczolerm sie zabezpieczac przed nadejsciem zemsty montezumy, jeszcze jej nie mam, ale podejrzewam, ze jak nadejdzie to moge miec srake jak stad do Punta Arenas w Patagoni. Chcialem kupic wegiel, zapomnij... aptek masa, ale oferta lekowa nedzna. Kupilem cos na te problemy, ale nawet nie ma instrukcji obslugi. Na razie stosuje stara metode, czyli wódę. Poprosilem o typowo Ekwadorska i juz mam jej dosyc. Ma tylko 30% a powinna miec co najmniej 40% (tak mi sie wydaje, że im mocniejsza, tym lepiej). Nazywa sie duch Ekwadoru z owocami ze srodka swiata - jak informuje etykieta. Smakuje tak paskudnie, ze rzeczywiscie pije sie ja jak lekarstwo, a nie dla przyjemnosci. Ciekawie tez jest z tabletkami na malarie. Byly tanie, podejrzewam, ze wartrobe niszcza jak 10 lat picia denaturatu... Chyba bede musiale poszukac cyganki, moze jej lzy uchronia mnie przed innym choróbskami rowniez??? Rozbawil mnie sprzedawca, ktory zapytal jak dlugo zamerzam byc w strefie malarycznej. Kurde, ja myslalem ze juz w niej jestem!!!! Aczkolwiek dla mnie jest szokiem, ze to miasto lezy w delcie rzeki i to duuuzej rzeki i nie wiedzialem tu ani jednego komara!!!!!
Super jest tu tez pogoda, Temperatura miedzy 20 a 30 ale blizej 30. Za bardzo nie ma slocna, niebo pokryte ciagle chmurami, ale to dobrze, bo jak w pochmurny dzien jest kolo 30 stopni i czlowiek jest caly mokry, to ile jest w sloneczny dzien??? Chociaz ja lubie bardzo sloneczko, ale wole stopniowo przyzwyczajac sie do slonca.
A co do przyrody - czlowiek sie tu czuje jak w jednej wielkiej palmiarni. Zawsze uwielbialem lazic po palmiarniach. Dawno nie bylem, ale pamietam ze w Londynie, Wiedniu i Kijowie bardzo mi sie podobalo. A tu to wszytko rosnie na ulicy!!! Fikus, co rosnie w kazdym polskim domu, u nas w Ekwadorze rosnie na kazdej ulicy i ma po pare metrow. To samo z palmami i sagowcami. Czy widzieliscie zywoplot z fikusa bendziamina??? Albo ten sam fikus, tylko w wersji parenascie metrow wysokiej i o pniu tak grubym, ze mozna go sciac, zawiesc do tartaku i pociac na boazerie??. Tu jest masa innych roslin, ktorych nazw nie mam pojecia. Przydalby mi sie tu jakis botanik tropikalny, coby nauczyl mnie chociaz podstawowych gatunkow. W stawach w parku tez jest ciekawie, Czasem plywaja karpie koi ale glownie to tu plywaja stada pielegnic, najczesciej takiej wilekosci, ze w sam raz na patelnie.
Dobra koncze, bo za pare godzin lece w Amazonie, skad pewnie wysle tego maila, bo tu juz nie dam rady, reszte ciekawostek zobaczycie na zdjeciach:-) Fajnie tu sie lata, kupilem bilet do Coca, lot z przesiadka kosztowal 105 dolców:-) Zeby bylo smiesznie, musze wyslac stamtad plyty z fotami do domu, pewnie na granicy je niezle przetrzepia, malo ze nadane w Ekwadorze, ktory kojarzy sie z narkotykami, to jeszcze nadana pacza z miejscowosci o nazwie Coca:-)
Pzdr
Tomasz Ibn Jaqb
P.S.
Maila wysylam z lotniska, lotnisko tez maja calkiem przyjemne jak na Ekwador, tylko troche male jak na 3 milonowa metropolie. Zobaaczymy jak bedzie wygladac lotnisko w Coca:-)


a to jeszcze opalanie na statku.jpg
Plik ściągnięto 3547 raz(y) 66,33 KB

tu jeszcze zZenia na statku.jpg
Plik ściągnięto 3559 raz(y) 52,37 KB

pierwsi tambylcy.jpg
Plik ściągnięto 3551 raz(y) 40,34 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-15, 09:56   

...

A w Europie nie wolno wprowadzac psow....jpg
Plik ściągnięto 3541 raz(y) 42,43 KB

Ardea alba, pewnie takie same sa jeszcze na stawach w Unieszewie.jpg
Plik ściągnięto 3551 raz(y) 34,34 KB

Crotophaga sulcirostris.jpg
Plik ściągnięto 3516 raz(y) 57,96 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-15, 09:57   

...

Ech te Ekwadorskie laski.....jpg
Plik ściągnięto 3534 raz(y) 60,56 KB

Era fotografi cyfrowej nie dotarla jeszcze wszedzie.jpg
Plik ściągnięto 3548 raz(y) 72,68 KB

Furnaris cinnamomenus.jpg
Plik ściągnięto 3538 raz(y) 44,32 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-15, 09:58   

...

Guayaquil panorama miasta.jpg
Plik ściągnięto 3517 raz(y) 49,3 KB

Himantopus mexicanus.jpg
Plik ściągnięto 3513 raz(y) 25,27 KB

kawalek promenady.jpg
Plik ściągnięto 3514 raz(y) 76,53 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-15, 09:58   

...

Klimatyzacja na ulicy.jpg
Plik ściągnięto 3542 raz(y) 61,92 KB

Losie rogiw w parku.jpg
Plik ściągnięto 3683 raz(y) 80,61 KB

Mloda Fregata magnificens.jpg
Plik ściągnięto 3515 raz(y) 30,28 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-15, 09:59   

...

Nyctanassa violacea lub jakis inny mlody slepowron.jpg
Plik ściągnięto 3514 raz(y) 42,67 KB

Owoce w parku.jpg
Plik ściągnięto 3590 raz(y) 61,86 KB

owocostan palmy.jpg
Plik ściągnięto 3560 raz(y) 99,85 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-15, 10:00   

...

Phalacrocorax brasilianus.jpg
Plik ściągnięto 3581 raz(y) 51,71 KB

pielegnice zamiast karpi.jpg
Plik ściągnięto 3518 raz(y) 50,18 KB

Podilymbus podiceps.jpg
Plik ściągnięto 3541 raz(y) 75,01 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-15, 10:00   

...

Samica Quiscalus mexicanus, odpowiednik naszej sroki, tylko mniejszy, tu buszuje po moim sniadaniu.jpg
Plik ściągnięto 3539 raz(y) 48,42 KB

taki najzwyklejszy fikus....jpg
Plik ściągnięto 3537 raz(y) 117,89 KB

to niby tak wyglada 3swiat.jpg
Plik ściągnięto 3516 raz(y) 57,19 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-15, 10:01   

...

U nas po parku laza wrobelki a tu...1,5m legwany zielone, czyli szanuj zielen bos nie legwan.jpg
Plik ściągnięto 3545 raz(y) 95,82 KB

ziewajaca Butorides striatus.jpg
Plik ściągnięto 3555 raz(y) 68,9 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
kessy 
Sokola Pani :>


Posty: 8915
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-10-15, 10:43   

Jestem zdeklarowaną miłośniczką prozy Tomka :] Prawie fanką :> Fajnie, że pojawiają się nowe eseje... Czekam na następne, a w międzyczasie 2 pytania:
1) czym się Ph. brasilianus różni od naszego?
2) te pielęgnice wyglądają zupełnie jak nasze rybki hodowlane :shock: Jakie cechy je różnią?

Mam nadzieję, że uda się Tomkowi sfocić jakiegoś neotropikalnego drapola... :mrgreen:
_________________
Why should I hate you? You're perfect. It's you who should be hating me.
No good deed goes unpunished.

[i] Winer [i]
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-15, 10:46   

hej,
1. z tego co widac na fotce, ma zdecydowanie mniejszą wyporność :)
2. również nie mam pojęcia...
z Tomkiem nie mam kontaktu od ponad tygodnia, więc pewnie nieprędko uda się zaspokoić tę ciekawość :)
Pozdrawiam
Szymon
_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
lotr 


Posty: 730
Skąd: ...
Wysłany: 2008-10-15, 12:24   

kessy napisał/a:
2) te pielęgnice wyglądają zupełnie jak nasze rybki hodowlane Jakie cechy je różnią?

Pielęgnice są u nas często i gęsto hodow(l)ane w akwariach. W stawach czy oczkach raczej już nie, a to ze względu na temperatury ;) Jeśli chodzi o podobieństwo do popularnych w oczkach/stawach kolorowych odmian karasi tudzież "złotych rybek", to z tego co widać na zdjęciu (wg mojego słabiutkiego zresztą rozeznania) różni je chociażby kształt płetwy grzbietowej - na zdjęciu widoczny u pomarańczowego osobnika w lewym dolnym rogu, z typowym pielęgnicowym "wyciągnięciem". Trochę też ogólny pokrój ryby, ale to już nieco względne...

[ Komentarz dodany przez: kessy: 2008-10-15, 12:46 ]
Hmm. Przejdę się po zajęciach do Ptaszarni, tam mają te złote karasie w oczku, porównam sobie płetwy. Dzięki! :mrgreen:
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-21, 14:02   W glanach przez swiat, czyli latoamerykanski tasiemiec

Hej
trzeba było napisać, że nie ma tu chętnych do czytania, bo jest to co jest. 44.000 znaków:)
dobrze, ze miałem wsparcie gryphusa w edycji tegoż...
cóż, dla fotek warto czasem się pomęczyć, a przeczyta kto zechce :)

no i moja osobista prośba - wpisują się Ci, co to przeczytają w całości, poproszę ;)
Szymon


Cytat:
Hola!! No i w końcu wylądowałem w Amazonii .Tu jest inny świat. Jest ciepło i parno, wychodząc z samolotu dało się odczuć taki specyficzny zapach, trudno powiedzieć czy smrodek, po prostu specyficzny zapach. Teraz już go nie czuję. Widocznie mój centralny układ nerwowy przyjął to za tło:-) Pierwszy przystanek miasto Coca, wrota Ekwadorskiej Amazonii. Miasto liczy sobie 18 tyś. mieszkańców i jak na lokalne warunki jest duże. To taki odpowiednik Iquitos w Peru, tylko ponad 10 razy mniejsze.
Wszedłem do pierwszego lepszego hotelu, zapytałem ile kosztuje jedynka: 8 dolców - to już dalej nie było sensu szukać. O dziwo nie ma tu karaluchów (oczywiście piszę o hotelu bo na dworze są). Jest telewizor i wiatrak. Można se pooglądać w lokalnej telewizji gwiezdne wojny lub jakiś latynoamerykański serial w stylu niewolnicy dinozaury (to akurat z napięciem ogląda przez cały dzień chłopak z recepcji). Brak karaluchów rekompensuje grzyb. Porasta prawie całe ściany i byłoby trzeba chyba kupić bitwę pod Grunwaldem Matejki żeby go zakryć (to odnośnie skeczu KMN Dresiarz robi zakupy, jak ktoś nie widział to nich se wejdzie na stronę kabarety tworzymy historie:-). Może przez tego grzyba jest tu tak niezdrowo ze karaluchy się wyniosły??? Mam nadzieję że po 2 dniach mieszkania tutaj na moim zdrowiu się to nie odbije. Miasteczko jest całkiem przyjemne, jest znacznie bezpieczniej niż w dużych miastach. Jest cały czas dobre ponad 25 stopni (piszę o minimalnej temperaturze w środku nocy bo pewnie czasami jest ponad 40:-)dobrze że nie ma słońca bo w ogóle by się człowiek ugotował. Zastanawiam się czy kiedykolwiek nad Amazonią świeci słońce?? Jest tu trochę taniej, raz udało mi się zjeść za 3 dolary z czego 2 dolary kosztowała ryba a dolar piwo. Co ciekawe ryba to ryba (dosyć mała - jakieś skrzyżowanie karasia z piranią) ryż, smażone talarki bananów. Fajna surówka a do tego zupa (kawałek świni, kukurydza, fasola, chyba maniok) i sok wyciskany z czegoś nie mam pojęcia z czego. Aż głupio za coś takiego płacić tylko 3 dolce. Poza tym dużo piję soków wyciskanych. Ciekaw jestem kiedy to się na mnie zemści, do nich zawsze dodają lód a to zdrowe dla białaskiego organizmu nie jest. Mam już dobrą radę, nigdy nie należy tu kupować jedzenia ze stoisk obok kibli. Jest duża szansa że te stoiska na noc będą chowane właśnie w kiblach. Nawet mój dosyć tolerancyjny na punkcie higieny umysł tego nie jest w stanie znieść. Rozczarowuje mnie brak sprzedawanych robali, mam nadzieję że jeszcze uda mi się je spróbować. Podobno mają być w niedzielę w Coce (ma być jakiś indiański festiwal czy kiermasz) ale ja do tego czasu nie wrócę raczej z Selvy.
Należy tu zaznaczyć ze jest jedna Polska firma co dotarła do Ekwadoru, tzn. do Guayaquil dotarła ale jeszcze nie do Amazonii. Tzn. Algida oczywiście tu pod ta nazwa by się nie sprzedawała więc się nazywa Pinguino, Latynosi muszą myśleć że to ich rodzimy produkt. Na tej samej zasadzie Algida musiała zmienić nazwę na HB w UK żeby Angole myśleli że to ich, i głupki tak myślą :-) Ciekaw jestem kiedy dojdzie tu Doda ze swoimi lodami pewnie blada, cycata, głupkowata blondyna zrobiłaby tu niezłą furorę.
Podoba mi się że ludzie w Ekwadorze nie są tak upierdliwi jak beżowi z Maroka czy Turcji. Tam zaraz coś ci wciskają i chcą cię na każdym kroku wykiwać, tu nie, a jeśli to robią to tak subtelnie że tego nie zauważam. Raczej nie patrzą na ciebie jak na chodzący portfel z dolarami, którego jedynym zadaniem jest podzielenie się z tambylcami swoją zawartością. Owszem czasami chcą coś wcisnąć, ale to tylko obnośni sprzedawcy co wszystkim oferują swoje duperele i nie są wcale nachalni. Pieniądze to też ciekawy temat. Nie ma tu w ogóle banknotów 50 dolarowych i wyższych. Czyli jak wybierasz 500 dolców w bankomacie dostajesz całość w 20. I kurde weź się woź z taką ilością banknotów. Niektóre punkty mają napisane że nie przyjmują 50 dolarówek. Zresztą najczęściej używanym nominałem jest jednodolarówka. I z reguły Ekwadorczycy więcej nie mają niż 1 -2 dolary drobnych, oni żyją za tyle i tyle im wystarczy. Najgorsze jest to że jak ma się za coś płacić 1 dolara i da się 10, nie mówiąc już o 20 to wtedy zawsze jest latanie i szukanie drobnych. Tak jak by się o 8 rano w kiosku ruchu za gazetę zapłaciło banknotem 200złotowym.
Przyroda niesie tu duża dawkę emocji. Rośliny są kosmiczne wszędzie rośnie coś fajnego. Część z nich jest dobrze znana z Polski gdzie są to rośliny doniczkowe. Fikusy bendziamina, draceny, difenbachie, jakieś obrazkowate. Jak by to popakować w doniczki i sprzedawać w Europie można by było dużo zarobić, a tu?? To są zwykłe chwasty gdzie raczej tambylec nie będzie miał żadnych skrupułów potraktować go maczeta. Ale myli się ten kto myśli że rośliny są tu bezbronne. Oberwałem jedna trzcinę żeby zobaczyć czy to cukrowa, zaraz miałem dłoń całą w kłujących włoskach. Takie same są jak się dotknie opuncje mirisostigma, kto kiedyś hodował kaktusy ten wie. Wybór owoców też jest niezły. Odnoszę wrażenie że u nas w Ekwadorze można wyhodować każdy owoc, no może z wyjątkiem żurawiny czy maliny morozki, chociaż na stokach wulkanów na 5-6 tysiącach metrów, może by dało radę???
Ze zwierzakami jest trochę gorzej. Tzn. są ale tak: z płazów w Coce zero, W Polszczy by była masa żab, tu ani jednej. Tzn. słyszałem jakieś i widziałem kijanki ale na tym się kończy. Jaszczurki jakieś są. Ptaki są ale najczęściej je słychać a nie widać. A z ssaków tylko nietoperze i małpy. Ostatnie śniadanie w Coce właśnie jadłem w towarzystwie małp. Na 10 metrowej wielkości fikusie bendzamina było ich kilka. Co chwila je częstowałem. Jedno co można zauważyć to to że mniejsze sajmiry są bardziej nieśmiałe i płochliwe. Jakby się wstydziły brać jałmużnę od swoich większych, dwunożnych kuzynów. Za to większe kapucynki nie mają żadnych skrupułów. Za to owady są super. Na szczęście nie ma komarów, pod tym względem się rozczarowałem. ale za to udziabała mnie mrówka, na własną prośbę bo ją w łapy wziąłem, teraz wiem że branie mrówek w ręce to głupi pomysł. Zwłaszcza że jest tu gatunek tak zwany jednocalówka; parę ukąszeń kończy się zejściem, a jedno to już duży problem. Ulubiona moja pora to jak się zapalają nad rzeką latarnie i oglądnie tego co do nich przylatuje. A są to chrząszcze i rożne ćmy. Najlepsze są zawisaki można je łapać ale mało pewnie się czuje jak największe są wielkości dłoni. One chyba nie mogą krzywdy zrobić, bo z tego co mi wiadomo to jedynym motylem co może zabić człowieka to jest motyl dzienny, który tu też występuje :-) Ma na skrzydłach kryształki cyjanku czy czegoś innego, w każdym bądź razie jak się zdenerwuje to one sobie odpadają i wędrują do powietrza, a wdech z zawartością tego ładunku jest śmiertelny. Ponadto do światła też przylatują patyczaki, turkucie i cykady, a na to wszystko polują pod latarnia nietoperze, ale tej wielkości w Polsce nie widziałem....
Po Coce wycieczka autobusem wodnym do ostatniej wioski na granicy z Peru czyli Nuevo Rocafuerte. Mam w planach zawitać do parku Yasuni. W łódce jest dużo ludzi, jak się okazało nie jestem jedynym gringo. Kurde dlaczego akurat Niemiec!!! Czy jest jakieś miejsce gdzie nie ma niemieckich turystów??? Co ja złego zrobiłem że się ciągle na nich natykam?? Ale luz, koleś nie jest jakiś straszny, żeby było śmiesznie siedział na przeciwko mnie obok peruwiańca co miał wytatuowaną na dłoni swastykę. Ten koleś jest młodszy o jakieś 10 lat i lepiej gada po hiszpańsku niż ja. Gość już ponad rok nie był w domu, pracował parę miesięcy w Australii w kuchni a teraz przed powrotem do domu chce se trochę pozwiedzać. Jazda łodzią trochę się przedłużyła, miało być 10h a było chyba z 12 zapłynęliśmy jak było już ciemno. Po drodze masę przystanków, zostawialiśmy tambylcow w selvie skąd szli do swoich wiosek. Rzeka jest olbrzymia bardziej niż Oka szeroka i bardziej niż Oka głęboka. Stąd do Amazonii płynie się 4 dni; to chyba z 1000 km więc jaka jest Napo przy ujściu??? A jak jest w tym miejscu Amazonia?? Już tu Napo ciężko porównać z jakąś Europejska rzeką, no chyba że z Dunajem albo Wolgą. Do Nuevo Rocafuerte dopłynęliśmy już po zmroku. Wzięliśmy po pokoju w tutejszym hotelu, koszt 5 dolców za noc, super cena!! w cenę są wliczone karaluchy, uff a już się bałem że ich nie będzie :-)We wsi nie ma internetu i samochodów, są jedynie dwa skutery. Można się spokojnie schlać do nieprzytomności i zasnąć na ulicy, zero szans że ktoś cię rozjedzie, a temperatura taka że nie ma szans że zmarzniesz! Żyć nie umierać a do tego piwo po dolara. A’propos picia Ekwadorczycy prawie wcale nie piją!!! Taki klimat a oni nic!! Puby wieczorami są puste, a sklepów monopolowych mało. Nuevo Rocafuerte to taka Nos Kaliakra w ukraińskiej delcie Dunaju. Czyli wiocha na końcu świata, w sumie jest lepsza od Nos Kaliakry bo obcokrajowiec może się tu dostać bez problemów, tylko trzeba podać swoje dane w kapitanacie portu. No i to ważny przystanek jeśli się płynie do Peru.
Od razu znaleźliśmy przewodnika, a właściwie on nas znalazł, jeszcze z łódki nie wysiedliśmy a już podchodzi do nas gość i się pyta czy jesteśmy z Alemani (Niemiec). Zażyczył on sobie 40 baksow od łebka za dzień i obiecywał złote góry: kajmany, delfiny, tapiry i wydry. Jeśli połowę z tego zobaczymy będzie super. Szczyci się tym że jest opisany w Lonley Planet, w sumie lepiej takich nie brać bo są drodzy, ale on wygląda na kompetentnego, zresztą trudno powiedzieć czy byśmy znaleźli drugiego. A jeszcze dodam że hotel do którego się udaliśmy jest otoczony moskitierą i robali rzeczywiście nie ma!!! No może karaluchy, ale one się nie liczą. Prysznic nie działa (ręcznik i mydło w pokoju to chyba kpina z gości w takiej sytuacji!!!) zamiast niego jest beczka z woda w której larwy komarów sobie pociesznie dojrzewają ale komarów nie ma!. Może to zasługa systemu antykomarowego, tzn tylko weszliśmy do mojego pokoju a wokoło lampy zaczął latać nietoperz, polatał z pól minuty i zniknął gdzieś w szczelinie okna. Dziwny system, naturalny ale działa!!! Nie ma w hotelu klimy, ale czego można się spodziewać po hotelu z 5 dolarów??? Zresztą we wsi wyłączają na noc światło więc i tak by nie działała wtedy kiedy najbardziej jest potrzebna:-) Hotel jest o tyle fajny że jest cały z drewna i kryty strzechą z palmy.
Nasz przewodnik jest spoko i go lubię. Słabo zna angielski tzn podobnie jak ja Hiszpański czyli prawie wcale. Ale możemy się dogadać jako tako, na całe szczęście mój Niemiec trochę lepiej niż ja zna Hiszpański, więc luz. Przewodnik mieszka w małej chałupie dwuizbowej (w sumie jak każdy tutaj, domy tutaj są sklecone z desek a między nimi duże szpary, odnoszę wrażenie że budy dla psów w Europie są lepiej sklecone, ale tu takie domy wystarczają!!) jedna izba to duży pokój z kuchanią połączony a drugi to sypialnia. Wszystko jest małe a w sypialni jedno duże łóżko. Mają dwójkę dzieci z którymi śpią w jednym łóżku, a jego żona chyba jest w ciąży. Jak oni to robią że maja tyle dzieci w takich warunkach?? Ja bym miał problemy z płodzeniem dzieci przy swoich dzieciach ale widać że tu nikt z tym nie ma problemów (ulica wygląda jak jedno wielkie przedszkole) lub maja jakiś inny system. Tzn. na ten czas wyrzucają cukierki do drugiego pokoju czy cos w tym stylu....Żona przewodnika w ogóle jest z Peru. A nasz przewodnik jest fanem Niemek bo czasem je oprowadza. Jak by tu Polki przyjeżdżały to pewnie by zmienił preferencje.
Cena 40 dolców poza oprowadzaniem obejmuje całodzienne wyżywienie. Super patent!!! Jest tak że pierwszy dzień zrobiliśmy jednodniową wycieczkę łódką i spacer po Selwie, na noc wracamy do Nuevo Rocafuerte. A potem 4 dniowa wycieczka do Selvy (właśnie przed tą wycieczką piszę tę część maila, po wycieczce będzie następna część, część o Coce pisałem wcześniej, więc dostaliście super tasiemca, ciekaw jestem ile doczyta do końca, ja wole pisać bo dla mnie to jest forma pamiętnika a na papierze jakoś mi się pisać nie chce, tzn. nie mam motywacji:-)Może jak bym miał taki styl pisma że bym był w stanie się rozczytać to bym myślał inaczej?? Nasz przewodnik stwierdził że jesteśmy spoko bo po pierwszym dniu nie narzekaliśmy na komary i na łażenie po wodzie. Mówił ze Francuzi i Holendrzy narzekają i se ciągle dezynfekują ręce spirytusem. Polacy też są porąbani (ale przyjeżdża tu ich mało) ale w druga stronę bo nie boja się kajmanów, łapią robale i są bardzo wyluzowani:-) Ostatni Polak zbierał liany coby zawieść je do Polski. Ja mam zamiar zbierać ryby, tylko nasz przewodnik musi wziąć siatkę na naszą wyprawę. Czyli po mnie też będzie mówił ze Polacy są walnięci :-)
Po tej pierwszej wycieczce już wiem że tu wrócę, kurde myślę żeby zrobić jak Cejrowski i kupić tu chałupę i ziemię. 5pokojwy domek w dobrej dzielnicy w Quito kosztuje 28 tys dolców to ile musi kosztować ziemia na prowincji, a domki tutaj to parę desek??? Do przeżycia ci nie jest wiele potrzeba wiec luz, większość jedzenia można znaleźć w rzece lub selvie lub se wyhodować. A życie tu jest super i ciągle jest ciepło. Są tacy co nazywają selve zielonym piekłem; dla mnie to raj!!! Może zmienię zdanie jak złapię jakąś bardzo ciekawą chorobę tropikalna; jak znam życie to po powrocie będę latał do lekarza w Gdyni przez parę tygodni albo i lepiej. Ale nic trudno...Pierwszy dzień w Nuevo Rocafuerte zaczął się krótąa poranną wycieczką po miejscowości. Potem wróciłem do hotelu i z moim Niemcem poszliśmy na śniadanie do naszego przewodnika. Po drodze zabraliśmy z ulicy dwie papugi. Kurde jakie super ptaki. Patrzymy siedzą dwie należące do rożnych gatunków amazonki. Od razu zmieniłem obiektyw na dłuższy, bez sensu. Bo one jak nas zobaczyły zaczęły biec w nasza stronę, jak podałem rękę wlazła na nią, a potem dała się posadzić na ramieniu i zleźć nie chciała, druga to samo. Takie oglądanie dzikiej przyrody mi się podoba. No nic, poszliśmy z nimi do domu naszego przewodnika. Tam razem jedliśmy śniadanie. Tzn my jedliśmy i co jakiś kęs szedł dla papug które siedziały na nas. Na śniadanie było jajko z jakimiś plackami chyba z kukurydzy lub manioku, na popicie herbata z koki. Jedliśmy i częstowaliśmy papugi, tzn. herbaty z koki nie dostawały bo są nieletnie. Potem była wycieczka. Pierwszy punkt programu popłynęliśmy do chaty gdzie zamówiliśmy cicze. To taki lokalny alkohol o mocy piwa, robiony jest z manioku (czyli juki) a bakterie które produkują etanol pochodzą z jamy ustnej starej indianki. Wygląda to tak że ona żuje maniok a potem wypluwa zawartość do pojemnika:-) Super higiena:-) Ale nic do odważnych świat należy!!! Jutro spróbujemy co ona napluła. Nawet widziałem ta Indiankę której wypluwiny następnego dnia będziemy pić ze smakiem, nie jest wcale stara:-) Gospodarka niezła, maja dwie małpy jedna w klatce a druga na sznurku, obie młode. Pewnie zabili ich rodziców i hodują młode coby potem zrobić zupę z małpy, szkoda zwierzaków, zwłaszcza ze ta na sznurku, bardzo młoda, bardzo się nas bala i prawie że płakała jak się zbliżaliśmy. Podobno, małpa jest smaczna i smakuje prawie jak świnia. Potem płynęliśmy do jeziorka. Ale był problem, bo woda mocna opadła i było masę zielska i były problemy z płynięciem. Kurde niby to Amazonia a dokładnie Yasuni a zarośnięte to to jak Wadag, albo i lepiej. W ogóle ci Ekwadorczycy nie dbają o rzeki i przyrodę, zamiast wyprostować koryto wyciąć krzaki to ta rzeka wygląda na totalnie zapuszczoną!!!! Tak czy inaczej moje marzenie się ziściło - jestem na Amazonce (tzn. w rejonie o tej nazwie) totalna dzicz. Zarośnięte brzegi na nich duże drzewa obrośnięte bromeliami, czad na maksa. Dziwi mnie obecność dużej ilości palm. Kolejny punkt programu to łapanie ryb, tzn piranii. My nie złapaliśmy nic, ale nasz przewodnik złapał tego dnia w rożnych miejscach 3 oraz inna rybę i suma, pewnie nam się uda później, podczas tej normalnej wycieczki, parodniowej. Potem następny punkt programu czyli oglądanie amazońskiego rzecznego delfina. I był!!!! co prawda nie zrobiłem dobrej foty ale był!!! W tym czasie jedliśmy obiad a tym razem na obiad był smażony kajman z ryżem i soczewica, pychota!!!! Po tym poszliśmy kawałek w selve. Tam szukaliśmy palm w których żyją fajne robale. Larwy chrząszczy, bardzo duże i w wersji surowej smakują super!!! To są najsmaczniejsze owady jakie jadłem, chociaż przyznam się że nie jadłem dużo. Samo zdrówko czyste białko lepiej skomponowane i mniej tłuszczu niż cielęcina!! Ważna rzecz na początku trzeba rozgryźć głowę bo te larwy maja potężne szczęki i mogą ci usta lub środek jamy gębowej uszkodzić. Cześć zebraliśmy na wieczór do usmażenia też smakowały super ale myślę że żywe są leprze. Mam nadzieję że żaden entomolog po powrocie nie będzie chciał w moim gównie grzebać w poszukiwaniu pasożytniczych chrząszczy co żyją w ciele tych larw i mogą się rozwijać u ludzi również. Żeby nazbierać tych robali musieliśmy wyciąć kawał selvy tzn. kilka palm.
Zresztą ja mam szacunek do tych roślin. Staram się nie deptać roślin na mojej drodze, bo są piękne oczywiście nie deptam tych co jakimś cudem będąc na drodze uniknęły maczety naszego przewodnika. Na razie tak myślę bo jestem tu krótko, może za jakiś czas się to u mnie zmieni. Zwłaszcza ze jutro zamierzam nabyć maczetę i wtedy w ręku poczuję władzę. Chodzenie po selvie, jest super. Przypomina to polski baging z elementami drzewingu. Baging uwielbiam zwłaszcza że w Polsce woda ma jak chodzę mniej niż 10 stopni a tu ponad 25. Ale i tak żałuję że złe buty mam, bo mam bez sensu goreteksy a powinienem mieć dżunglówki.
Nasz przewodnik zaprowadził nas też do gospodarstwa swojego ojca. Kurde żyć nie umierać, kurnik i chałupa tylko z dachem bez ścian. A w ogródku to rośnie wszystko. Cytryny, kukurydza, ananasy, kakao i koka. Wzięliśmy sobie od razu zapasy na jutro. Najfajniejsze było wyciskanie soku z trzciny cukrowej, za pomocy fajnej maszynki. Sok pyszny i super słodki z zieloną cytryna jest super!! Wycisnęliśmy prawie wiadro to co nie wypiliśmy będzie na jutrzejszą wyprawę. Dobra idę spać i zaraz (tzn. za 4 może 6 dni) będzie opis wyprawy. Zobaczymy co będzie zrealizowane z planu wyprawy, tzn. oglądanie w nocy w selvie tapirów i pekari przy solance, ogladanie nutrii gigantea, łapanie kajmanów, zwykłych (a raczej niezwykłych) ryb i oglądanie ptaków....

No i nurem w tę zieloność,

tzn. nurnęlismy i tak nas to wciągnęło ze z 4 dni niewiadomo kiedy zrobiło się 6. Wyprawa była super. Co można robić w parku??? Generalnie jedna wielka laba: pływanie łódka, wylegiwanie się w hamaku latanie po selvie, w dzień i w nocy. Ale od początku. Po pierwsze trza pochwalić przewodnika. Był super, większość części programu zaliczyliśmy, nie wszystko udało się zobaczyć ale to w końcu przyroda i nigdy nie jesteś pewien gdzie jest dany zwierzak. Ale wiem już że dobry przewodnik jest na wagę złota. Koleś ma wiedzę ogromną. Wie gdzie co znaleźć jeśli chodzi o zwierzaki, a co najważniejsze zna dobrze odgłosy zwierząt, część z nich umie naśladować. A naśladuje wiele od kajmana, poprzez ary, na wyjcach kończąc, a żeby było śmiesznie te kajmany, ary i wyjce mu odpowiadają, swoim buczeniem, skrzeczeniem, wyciem!!! Poza tym jest nieźle obcykany z roślin. Wie jak wygląda kauczukowiec lub co można naciąć żeby poleciała słodka żywica, dosyć smaczna. Wie jaką palmę trzeba pociąć w poszukiwaniu smacznych soczystych larw. Zna liany z której można uzyskać jakieś haluny a którą traktować jako przyprawę (w smaku jak goździk). Zapytałem go o lianę z której można pić wodę, i w 3 minuty znalazł ją uciął i już piliśmy z liany, super patent obcinasz pól metrowy kawałek i pijesz jak z butelki, bo w poziomie nic nie leci i żeby otworzyć tę butelkę trzeba obrócić ją do pionu. Znalazł też drzewo z małymi zgrubieniami na gałązkach, jak rozwalisz te zgrubienia to jest masa małych mróweczek i można je językiem wydłubać i zjeść, smaczne ale pieką tzn. ich jad trochę niszczy język. Mój dwa dni dochodził do siebie. Uczucie jak po oparzeniu herbatą. Cała ta wiedza mi imponuje zwłaszcza że u nas w selvie łatwiej znaleźć 100 drzew rożnych gatunków niz. 100 drzew jednego gatunku, bioróżnorodność jest tu przeogromna. Myślę że leśnicy mają tu znacznie więcej do nauki niż nasi. Brakuje mu trochę ogólnej wiedzy przyrodniczej - jak go zapytałem gdzie tu są rośliny które jedzą owady, to spojrzał na mnie jak na idiotę; i jak to??? To owady jedzą rośliny. Przewodnik, poza tym że z wielkim poświeceniem podprowadza cię pod zwierzaki, pokazuje fajne rzeczy, to jeszcze robi za kucharkę. Te 40 dolców za dzień to dobrze wydane pieniądze. Słowa pochwały należą się dla mojego Niemca. Zero marudzenia, nic mu nie przeszkadzało, że komary, że mokro itd... bez zmrużenia oka zgodził się na 2 dodatkowe dni. Może koleś nie jest przyrodnikiem tylko kucharzem, ale na krótką metę okazał się dobrym kamratem podroży. Ponadto nie przeszkadzały mu lokalne zwyczaje kulinarne, tzn. wpierdzielał larwy i mrówki i pił cicie, mimo że wiedział z czego to jest. Żeby było śmiesznie, w Europie jak kelner kogoś nie lubi to mu pluje do dania a tu?? Jak się kogoś lubi to mu się pluje do manioku i robi z tego alkohol. A jeśli chodzi o selve, to dla mnie to jest kosmos. Wszędzie kipi życie, wszystko chce zaznaczyć swoją obecność wydając z siebie jakieś dźwięki, najczęściej głośne i niepodobne do tych z Europy. Najczęściej brzmiało to jak jakiś autoalarm. Czyli tak jak byśmy się włamywali do selvy i się od razu ten alarm uruchamiał, chociaż tak naprawdę ten alarm jest włączony ciągle, na stale. Każdy milimetr tutaj jest wypełniony życiem. Dno lasu jest ciemne, ale wypełnione mnóstwem roślinności. Wśród nich jest masa siewek które czekają jak jakiemuś obok olbrzymowi powinie się noga (lub raczej korzeń) i się przewróci. Wtedy maja swoją szansę i zaczynają wyścig w którym nagrodą jest objęcie tronu po olbrzymie co oczywiście zwiększa szanse na rozsianie swoich genów. Niewątpliwe selva to królestwo mrówek. Są praktycznie wszędzie, od mniumnich ledwo widocznych po takie z 2 centymetry. Biada tobie jak zostawisz w obozie niechcąco jakieś pożywienie, zwłaszcza mięso. Wtedy obóz będzie prawdziwym mrowiskiem. Jak idziesz do toalety (leśnej) i tam gdzie się stawia nogi przebiega trasa mrówek które taszczą najróżniejsze fanty do mrowiska, to zwiadowcy włażą ci na stopę, czują że to jest zbudowane z białka i próbują swoimi żuwaczkami odgryźć kawałek, żeby to też przetransportować do mrowiska. W ostatnim obozie jak zostawiałem na noc na ściółce plecak, to odniosłem wrażenie że doszły do wniosku że to wspaniałe miejsce na mrowisko. Musiałem się trochę namęczyć żeby im to wyperswadować. Mrówki mają mniej licząca się konkurencję, ale również zauważalną, czyli termity i osy.
Generalnie jeśli jesteś arachnofobikiem, nie lubisz wszelkiego robactwa i wilgoci, a gorące wilgotne powietrze cię męczy, nie pchaj się do selvy!!! Wilgoć to też fajny temat. Buty mam już od tygodnia mokre. Owszem po obozie czy w łódce łazi się boso ale po slevie już nie, a selva jest mokra, czasami bardzo. Chłopaki mają kalosze, ale nie wiem w czym się lepiej łazi: w glanach czy kaloszach niesięgających nawet do kolan gdy czasem woda sięga po pas??? Zresztą tu jest tak ciepło ze ta woda mi nic a nic nie przeszkadza. W niczym to nie przypomina Polski, kiedy w marcu lub kwietniu po nocy w lesie zakłada się mokre buty, które są na wpół zamarznięte. Tu wyciskasz wodę ze skarpetek wylewasz wodę z glanow, zakładasz to na nogi i idziesz dalej. Reumatyzm raczej nie grozi. W najzimniejsze noce to tu jest tak coś koło 25 stopni i bardzo parno. Teraz dopiero odczułem jaki mam kretyński namiot. Fakt, brałem go na Patagonię, gdzie ciągle jest świeże powietrze i znacznie chłodniej. Pierwsza noc to mało co się nie udusiliśmy (spałem z Niemcem), gorąco jak jasna cholera, on sobie trochę odpiął zamek i wystawił przez szparę nos. Spociłem się jak mysz. Po północy zapadła decyzja, rozpinamy wejście a cały namiot nakrywamy moskitierą. Może nie jest to super rozwiązanie bo na dole cały system jest bardzo nieszczelny i jakby coś się uparło (wąż, skorpion, pająk), to by mogło wleźć do środka, ale luz nie wlazło:-)
Moskitiera to też był niezły patent bo miał ją Niemiec, pożyczył od przyjaciół z Quito. Ja od razu wpadłem na pomysł żeby użyć jej jako włóka do łowienia małych rybek. Koleś się zgodził, ale po paru użyciach moskitiera nie wyglądała zbyt czysto i miała jedną dziurę, stwierdził że będzie musiał ją odkupić. Ale rybki się łapały. Same male kasaczowate. Tak na marginesie szokiem dla mnie jest że nikt tu nie ma podrywki, zwykłej podrywki jaką ma każde olsztyńskie dziecko w swoim olsztyńskim domu!! Gdybym wiedział wziąłbym swoją, bo na drobnice to najlepszy patent. Praktycznie wszystkie z małych kasaczowatych przez nas łapanych mogły by być ozdobą niejednego akwarium, zwłaszcza holenderskiego. Z rybek mi znanych łapaliśmy rozbory i cos w stylu hokejówki, reszty nie widziałem w naszych akwariach. A do czego nam była ta drobnica??? Proste, potrzebowaliśmy przynęty do łowienia sumów i piranii :-) Rozbory się za bardzo nie nadawały do tego, bo są małe i ledwo haczyka się trzymają, ale hokejówki i te większe były super. Żeby to widział jakiś zapalony akwarysta:-) Łowiąc tu ryby trzeba uważać, bo tak najczęściej łapie się piranie, są to jedne z nielicznych ryb które trzeba po złowieniu zabić, bo ci może kawał mięcha z ręki odgryźć. Dobrze też jest zabić od razu raje, bo ma kolec jadowy. No a co zrobić z węgorzem elektrycznym??? Jak go zabić coby cię prąd nie walnął??? To chyba jakieś 2000 wolt:-) My tego nie złapaliśmy, ale naszemu przewodnikowi się to już zdarzyło. Arkady Fiedler napisał książkę Ryby Pijut w Ukalaji (to po naszemu chyba Ryby Śpiewają w Ukajali). Amazońskie też śpiewają!! Jak złapiesz suma, piranię czy corvine, to wydaje z siebie taki skrzeczący dźwięk. Podejrzewam że to jakiś system oparty na pęcherzu pławnym, po prostu ryba się napina i śpiewa, a raczej skrzeczy i trzeszczy, ale dobre i to skoro mówią ze ryby głosu nie maja, ale nie tu.
Ryby łowi się tu bardzo prostym systemem, kawał żyłki, ołów, przypom 4cm zrobiony z kawałka drutu (bez tego stracisz haczyk bo pirania to jedna z częściej łapanych ryb) i haczyk (jakiś paskudny, tępy - nie maja tu mustangów, lub jakiś innych znanych firm). Nie widziałem tu nikogo z wędką, baaa nawet nie ma szans coby wędkę gdziekolwiek kupić!!! Ale z drugiej strony co się dziwić, w świecie gdzie najczęściej używanym banknotem jest jednodolarówka to nikogo nie stać na taki zbytek .
Super też się łapie kajmany najczęściej w nocy przy użyciu latarki, złapaliśmy dwa. Jeden miał z niecały metr długości, a drugi koło półtora metra, a dorastają one do 4 metrów. Są też tu krokodyle, ale one są rzadkie i maja do 6 metrów. No i anakondy ale o tej porze roku to rzadkość. Tu uczciwość nakazuje mi napisanie o niezbyt miłym i chlubnym zdarzeniu. W Polsce jest taka przyśpiewka: Miała baba koguta, koguta, koguta, wsadziła go do buta, do buta hej!!! (bardzo ważne żeby głośno krzyknąć Hej!!).U nas w Amazonii kogutów jest sporo, ale raczej ich w bucie się nie trzyma, służą do walk lub płodzenia małych kur, a najgorsze jest to że koło 4 rano zaczynają koncert i wtedy najczęściej się budzę jak jestem w wiosce (ale w sumie to uroki mieszkania na wsi). Ale wracając do tematu tu nie trzyma się kogutów w bucie, ale zamiast tego kajmany. Karlos wpadł na pomysł żeby przetransportować mniejszego kajmana w kaloszu, wsadził go do środka, kalosz w kalosz żeby nie wylazł i tak se biedak siedział. W Polsce prosty lud wiejski dba o swój inwentarz bo druga zwrotka brzmi: Hej kogucie, kogucie , jaki ci jest tam w tym bucie, w tym bucie, hej!! (i znów trzeba głośno krzyknąć hej, to bardzo ważne! bo inaczej przyśpiewkę ludową szlag trafi i stanie się kolejną cepeliną sprzedawaną głupim ceprom z miasta). Prosty lud amazoński nie przejawia takiej troski o zawartość swoich butów. W wyniku czego nasz biedny kajmanek udusił się w tych kaloszach Karlosa. Kurde żal straszny bo to bardzo piękne zwierzę.

Oczywiście w tej wodzie przy obozie się kapaliśmy. Na początku były obawy bo piranie, kajmany, węgorze elektryczne i chyba bardziej balem się tych urynowych węgorzyków, które tak naprawdę są sumikami (ale luz w pogotowiu była maczeta, jakby wlazł tam gdzie nie trzeba) .... Nasz przewodnik stwierdził że one nie lubią Europejczyków wiec bez obaw zamoczyliśmy swe białaskie tyłki w brązowej wodzie systemu rzecznego Amazonii, i rzeczywiście nic nas nie dziabnęło.
Ze zwierząt wodnych najciekawsze są ssaki. Są dwa gatunki delfinów. Widzieliśmy tylko jeden, ale za to wiele razy (potem udało mi się zaczaić drugiego, ale to dzień po powrocie z parku podczas wycieczki do wioski Indian na granicy z Peru), manat też jest ale bardzo rzadki i nie udało nam się go zobaczyć, ale widzieliśmy trawę która jest jego ulubionym pokarmem. Ale najfajniejsze są nutria gigante czyli wydra olbrzymia. Obfukaly nas jak podpłynęliśmy do nic a że to największy gatunek wydr, ma chyba ponad z 2 metry długości i żyje w stadach a właściwie grupach rodzinnych po 6-8 osobników, to spotkanie z nim to niezłe przeżycie. Wyglądają trochę prehistorycznie. Fajne są też nietoperze. Przelatują nisko nad wodą jak już się robi ciemno. Ale też jest nietoperz co w małych stadach w dzień siedzi na badylach nad brzegiem rzeki. Jak podpłyniesz na jakieś 2 metry wtedy się płoszą i odlatują nerwowo dalej. Mają taki kolor że siedząc na badylach praktycznie się zlewają z tłem, prawie jak predator.
Mieliśmy nocną wycieczkę do solanek gdzie przychodzą tapiry i pekari ale niestety nie udało się nam ich wypatrzeć, ale dało się wyczuć ich zapach, a nawet widzieliśmy tropy jaguara :-) Zażartowałem sobie że musimy zobaczyć jaguara. Karlos (powiedziałem do przewodnika) Maniana Dziaguar, no dziaguar no denejros!! Jakoś zaczął się tłumaczyć że to niemożliwe, że się nie da. Dobry też był żart, ale on go jakoś nie zrozumiał (tzn nie było mu do śmiechu). Ostatniego dnia łapaliśmy kajmany wieczorem w odjechanym jeziorku gdzie ich było bardzo dużo i jeziorko było bardzo dzikie. I wtedy zażartowaliśmy z Niemcem że jak znajdziemy dużego kajmana to nasz przewodnik musi go łapać, a my mu zrobimy fotkę. Wtedy Niemiec stwierdził że to będzie Pintura Ultima (ostatnie zdjęcie) ja tylko dodałem że w sumie dla nas jest lepiej bo martwy przewodnik jest bardzo tani. Chociaż jestem ciekaw jak byśmy bez niego wrócili?? To miejsce to jeden wielki labirynt kanałów, rzeczek, jeziorek, pogubić się tu łatwo, a ja od razu traciłem orientację. W ogóle ten cały park Yasuni to takie skrzyżowanie Biebrzy z Białowierzą, tylko bardziej egzotyczne. Może nie ma tu dużych zwierzaków takich jak żubry, losie, jelenie, ale też jest super!! Zamiast tego są małpy. Z ptakami jest ciężko, w sumie wszędzie trudno je focić, no może poza rejonami arktycznymi, gdzie najczęściej tak płochliwe nie są. Najczęściej tylko je słychać a podejść jest trudno. Ale czasem się udaje. Widziałem tu nawet dwa gatunki co występują w Polsce, tzn. czapla biała i rybołowa, tego ostatniego to chyba z 4 razy. Trochę egzotyczne zestawienie rybołów i Amazonia. Ciekaw jestem gdzie się on tu gnieździ, przecież każdy wie że potrzebuje on do tego wysokich sosen a tu ich w ogóle nie ma!!! Jednak największym dla mnie ornitologicznym zjawiskiem są Hoacyle. W selvie jest ich naprawdę dużo i ich skrzek słychać często a ja myślałem, że to jest ptak któremu grozi wyginięcie. Jego dziwaczny wygląd nawet jak na Amazonię jest zbyt ekstrawagancki. Mimo że tu jest masę dziwaków to pasuje on do selvy tak jak krasnal ogrodowy do ogródka. Mało ze dziwacznie wygląda, porusza się też śmiesznie to do tego ma na skrzydłach paluchy z pazurami. On najbardziej przypomina archeopteryksa. Jeśli jakiś ptak może zasługiwać na nazwę żywej skamienieliny to właśnie on.

Najpotrzebniejszym przedmiotem w selvie jak się okazuje jest maczeta. Maczeta jak sama nazwa wskazuje służy do wszystkiego, nie widziałem chyba żeby ktoś maczeta robił sobie manikure, ale po prostu chyba krótko tu jestem. Poza funkcją typową czyli karczowaniem, również można nią kopać robaki, wiosłować, wabić delfiny czy łowić ryby, do tej ostatniej czynności jest potrzebne współdziałanie z latarką. Jak chodzimy po selvie to nasz przewodnik bez litości tnie wszystko po drodze. Ja bym aż tak za bardzo nie mógł, bo ja się najpierw przyglądam temu co morduję, zwłaszcza że większość z tych roślin to są rośliny doniczkowe lub potencjalnie nimi mogą być. Karlos nie tnie selvy tylko kiedy podchodzimy zwierzęta. A tnie ją nawet wtedy gdy jest tak rzadka jak w Europie bór świeży, tak jakby był jakimś ogrodnikiem lub architektem krajobrazu, który decyduje co gdzie powinno rosnąć. Czasami jak stoimy to po prostu przygląda się to jakiemuś drzewku to palmie a potem bach maczetą, mimo że nie stoi to na naszej drodze.

Pisząc tę część tekstu (już w nocy) wygodnie w hamaku w Nuevo Rocafuerte, coś przebiegło po dachu gdzie śpię w hamaku (nie ma tu kotów) a potem na ręce wylądował mi olbrzymi karaluch, ale cóż przy sztucznym świetle głupieją jak ćmy. No i laptop ześwirował, zaczął pokazywać że podłączyłem się do lokalnej sieci i zasięg mam super!! Kurde w tej wsi nie ma internetu!!! Nie działają komórki (nawet ekwadorskie)!! Oczywiście net nie działa ale komp pokazuje że jestem podłączony....

Dobra ale wracając do zielska to nie spodziewałem się że w selvie będzie tyle palm. Trochę przestałem je aż tak bardzo lubić jak kiedyś, bo tu sporo z nich ma kolce i to nie jest przyjemne. Nawet zczaiłem jedną palmę która jest pnączem!!! Czasami też pnączami mogą być paprocie. No i też zdarzają się paprocie drzewiaste, zawsze chciałem być w lesie gdzie one rosną no i udało się. Wracając do palm to imponują ich rozmiary, niektóre z nich maja pojedyncze liście, które razem z ogonkiem mają ponad 10 metrów długości!!!! Niezły liścik, dobrze że nie ma tu jesieni i nie gubią ich na jesień bo taki jakby spadł to mógłby zabić.
Fajne są też epifity. Jest ich naprawdę dużo. Dominują bromelie, ale storczyki też są liczne. Storczyki słabo rozróżniam spośród innych grup bo nie widziałem ani jednego kwitnącego. Dużo jest pnączy i lian. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z funkcji lian (a przynajmniej z funkcji niektórych z nich) jeśli jakaś roślina jest epifitem, ale mimo to potrzebuje czasem jakichś składników z ziemi (bromelie storczyki najczęściej nie) to spuszcza lianę, a jak ona dotrze do ziemi to wypuszcza w nią korzenie. Jakie to wszystko mądre....
Tak czy inaczej podoba mi się selva ze swoimi cudami co się fizjonomom (i antatomom też) nie śniły.

Ostatni obóz mieliśmy jakieś 2h jazdy łódka od Indian Huarani i już się napaliłem żeby tam płynąć ale.... benzyna i woda pitna była już na wykończeniu. Zreszta moje baterie w aparacie też. Już się napaliłem żeby tu wrócić, ale to jest w sumie daleko. Karlos se zażyczył ekstra kasę za paliwo a Niemiec się wycofał bo doszedł do wniosku że woli zobaczyć Maczu Pikczu. Ja wolę zobaczyć żywych Indian żyjących jeszcze po staremu niż resztki czegoś czego już nie ma. Tym bardziej że Maczu Pikczu będzie jeszcze trochę stało a Huarani pewnie niebawem wyginą lub się zasymilują. Mam nadzieje że jeszcze chociaż część z nich nie założyła majtek. Podobno od tego się zaczyna. Jakiś bezmyślny misjonarz daje im pierwsze majtki i bach. Koniec końców odpuściłem sobie tę wycieczkę bo koszt to około 600 dolców, a to nie jest to czego bym się spodziewał, okazało się że wszyscy (poza 2 dziadkami) chodzą tam już w ubraniu i mieszkają w zwykłych barakach, nie ma maloce :-(.Czyli juz jakiś misjonarz z majtkami tam zawitał. Resztę zrobiła kampania naftowa która wybudowała im baraki szumnie tu nazywane domami.
Po powrocie do Nuevo Rocafuerte spotkałem Indianina właśnie Huarani, który będzie niebawem jechał do bardziej tradycyjnych wiosek, ale zażyczył sobie 1000 baksow. Nie, dla mnie to za dużo. Ale zgodziłem się z nim i paroma Ekwadorcami wyruszyć na jednodniową wycieczkę do wioski Indian z grupy Kiczua. Wycieczka była super, szybka motorowa. Nie cierpię takich motorówek bo zawsze się wkurzam że robią straszną falę i kajaki, czółna i inne małe jednostki mają duże problemy potem, nie mówiąc o dzikich zwierzakach. Poza tym prąd powietrza jest tak silny że można się przeziębić i chyba mam pierwsze objawy (albo to jakieś inne choróbsko tropikalne, ale na szczęście boli mnie głównie gardło, wiec uff..... Większość drogi przebiegała wzdłuż granicy Peru - Ekwador, po jednej stronie rzeki posterunki graniczne Ekwadoru po drugiej Peru. Ale to wygląda śmiesznie. Bardziej jak imitacja grodów wczesnośredniowiecznych lub właściwie starszych. Taki Wolin, Biskupin, tylko wpuścić tam wojów słowiańskich i Wikingów żeby to splądrowali. Niestety nie ma tam kobiet, to by nie mieli co gwałcić. Ale za to są kury hehehehe. Brakowało tylko przy tych grodach długich wikingowskich łodzi, ale za to czasem były przycumowane dłubanki!!!! Kurde powaga państwa!! hahahaha!! Wioską się trochę rozczarowałem. Normalne chaty, szkoła, agregat prądotwórczy zasilający wiochę, kolektory pitnej wody sponsorowane przez Unię Europee (nawet tutaj zapuszcza ona swoje socjalistyczne macki) Ale jedna rzecz mi się tam podoba: w wiosce i obok jest specjalny ośrodek restytucji żółwia o hiszpańskiej nazwie Charapa. Notabene nazwa tego gatunku trochę przypomina słowo cierepaha co po rosyjski znaczy żółw :-) Przez pól wycieczki łaził za mną ten indiancie Huarania i żebrał (bo to targowania nie przypominało) żebym z nim pojechał. Coś mu we łbie się ubzdurało że jestem z Kaliforni i ciężko było mu wytłumaczyć że jestem z Poloni czyli z Europy. Gość za bardzo nie wiedział co to Europa i się pytał czy to w Ameryce, musiałem mu tłumaczyć, Azja Afryka a to nad Afryka Europa. Acha czyli Europa jest w Afryce.... Nie było sensu tłumaczyć co to Polonia. Zreszta wyglądało na to że to słówko pierwszy raz słyszał. Jednym słowem super. Mimo zachodniego ubioru i cwaniacko biznesowego podejścia jest trochę Dziki wiec może doprowadzi mnie do zupełnie Dzikich:-)

Zszedł do rozsądnej ceny i pewnie w niedzielę z nim do wiochy Indian pojadę. Wycieczka nie jest tania jak na tani Ekwador, ale wydaje się że jest próg którego nie da się przeskoczyć. Huarani każą sobie płacić za wstęp 200 dolców, a żeby dopłynąć do tamtej wiochy trzeba przepłynąć przez inna czyli trza zapłacić 2 x 200!!! A mu zależy żeby pojechał bo wygląda na to ze ma tam jakąś sprawę i chce żeby pokryć koszty paliwa. Zlazł z ceny do 450 dolców. Czyli 400 dolców dla Indian a 50 dla niego, czyli na paliwo to rozsądna cena, ale następnego dnia jego kumpel (który trochę gada po angielsku) - współorganizator wycieczki - gada już coś o 500, zobaczymy jak się sytuacja rozwinie. Na razie jestem na tak i raczej tam pojadę. Na mapie wygląda to na totalną dzicz. Zobaczymy czy to było tego warte. Jeśli zobaczę ludzi z paleolitu tak jak sobie to wyobrażam to będę zadowolony. Jak nie to kasa wyrzucona trochę w błoto. Zresztą za tę wycieczkę z normalnym przewodnikiem bym zapłacił minimum 800 dolców, a tu jest okazja że tak czy inaczej gość i tak tam jedzie.
Tak na marginesie to chyba jest trochę samolubne, że mi i pewnie niektórym białasom tak zależy żeby oni zachowali swoją kulturę i żyli w „zacofaniu”, żeby nie korzystali z „dóbr” techniki i „dobrodziejstw” medycyny. Ale z drugiej strony jak zostawić ich i ich środowisko w spokoju, przepędzić drwali, misjonarzy, organizacje charytatywne, a przede wszystkim nafciarzy, to dla nich będzie o niebo lepiej. Niech żyją jak ich dziadowie polując na tapiry i małpy w spokoju i szczęściu, będąc częścią tego ekosystemu, niż mieliby zasilić zastępy mieszkańców slumsów dużych miast dla których jedynym osiągnięciem życiowym jest to że są.

Za chwilę opuszczam Nuevo Rocafuerte i jadę, a właściwie płynę do Coca, stamtąd jutro tzn. w niedzielę do Huarani. W końcu parę h i cywilizacia!! Internet którego nie miałem jakieś 1,5 tygodnia, dlatego ten mail jest taki dlugaśny no i w końcu prysznic!!!. Tak na marginesie głupio się czuję wlokąc ze sobą laptopa i całe te wszystkie kable, które zajmują dużo miejsca zwłaszcza ładowarki (ładowarka do Nikona jest cholernie duża, co za idiota ja wymyślił!!!) ale cóż, jakbym inaczej zgrywał zdjęcia na laptopa i płyty??? A na liczniku w Ekwadorze mam już koło 7 tys. zdjęć. Co prawda większość z nich na bieżąco kasuję, ale i tak sporo zostanie:-) Ponadto bez sensu wlokę ze sobą aż 2 polary!!! Nastawiałem się na zwiedzanie wulkanów i gór, ale widzę że nie starczy mi czasu. Muszę tu wrócić na dłużej. Zresztą nie lubię za bardzo gór, z nimi jest problem bo trzeba włazić ciągle pod górę, wtedy się męczę a jak się męczę to brzydko wyglądam. Nie nie, jak będę miał trochę czasu to se to spędzę nad oceanem. Żal trochę opuszczać Nuevo Rocafuerte, gdzie jest spokojnie, nikt nie kradnie, nikt nie zamyka domów, ja o swój sprzęt się nie martwię i go też zostawiam w niezamkniętym pomieszczeniu. Co innego niż w dużych miastach, gdzie inka podchodzą do ciebie z nożem i jak dawniej ich dziadowie składali w ofierze obcych żywcem wyrywając serca, teraz swym ofiarom żywcem wyrywają aparaty fotograficzne i pieniądze.
Na koniec okazało się że papugi które wcześniej zabierałem z ulicy nie są bezdomne, tylko należą do jednej pani co prowadzi na rogu sklepo-restaurację. Nie była zachwycona że czasem je zabieram 2 ulice dalej. Okazało się że te papugi też coś gadają, niestety po hiszpańsku wiec niewiele rozumiem. Pisząc tę cześć maila, leżę w hamaku (kurde jaki super patent; muszę pomyśleć jak można zainstalować hamak w moim pokoju w Olsztynie) i nagle słyszę takie szczebiotanie jakby szpaków. Kurde i tu zostały zawleczone, uff na szczęście nie, to tylko stado małych papużek zielonych. Są super jak wszystkie papugi zresztą, ale siedzą wysoko na palmie wiec zdjęcia do bani...Potem na ulice chłopaki wyciągnęli głośniki i na cały regulator zaczęli puszczać lokalne Disco polo(coś w stylu Italo Disco) a za ścianą (a są z desek z dużymi szparami) na maxa jest włączony telewizor, wiec u siebie w hamaku zamiast skrzeku papug mam kakofonię hiszpańsko-jezyczną. Z tego powodu że Nuevo Rocafuerte to wioska tranzytowa do Peru, są tu zagraniczni turyści, pojedynczy ale są. Ostatnią noc spędziłem w pokoju w hamaku (oczywiście oddzielnym z jakąś Amerykanka. O świcie popłynęła do Peru. Włóczy się po latynoamerykalandzie już parę miesięcy. 3 miechy uczyła dzieci angielskiego w Kostaryce. Był też jeden Amerykanin chyba z wayomi, koło 50ki. Też jechał do Peru, ale był jakoś roztargniony i tą łodzią nie popłynął, do tego narzekał na cenę transportu, w ogóle narzeka na wszystko a przede wszystkim na to ze drogo. Zapłacił za obiad 3 baksy i twierdził że to dużo. Fakt, w tym kurczaku to prawie połowa to kości. Zresztą kurczaki nie sa tu byt dobre. W przeciwieństwie do tych ze statku są to kury wiejskie grzebiące, wiec powinno być ok ale.... Tak kura po zniesieniu 6 347 jaj lub kogut po spłodzeniu 568 kurczaków nie może mieć dobrego mięsa. Ale jak narzeka to po co się tu pcha!!! Zresztą ma niezbyt mile wspomnienia bo w Quito go okradli i pobili.

Była też Angielka koło 60 mała, drobna, że też się tu pcha sama. Zacząłem z nią gadać i ona do mnie: o, bardzo dobrze mówisz po angielsku (ona też mówiła bardzo dobrze, niektórych nie można zrozumieć, a ona mówiła bardzo powoli i wyraźnie, bez jakichś szkockich czy innych akcentów); a ja na to: tak, bo nie jestem stąd. Zapytałem gdzie mieszka w Anglii, a ona na to że wschodni Londyn, a ja na to że to trochę dziwne że jest z Londynu, bo w Londynie prawie nie ma Anglików. Śmiała się chyba z minutę poczym stwierdziła, że to bardzo trafna uwaga i że mieszka w domu gdzie jest jedyną Angielką i mieszkają tam też oczywiście Polacy. Przypłynęła właśnie z Peru i czekała na łódź do Coca. Podróżowała z parą młodych Chilijczyków, trochę hipisów (że to też jeszcze istnieje), którzy po angielsku ni w ząb. Dziwne połączenie: starsza angielka i młodzi hipisi którzy z nią nie mają jak się dogadać. Jeszcze taka mała uwaga - rozwalają mnie tu tatuaże. Już widziałem dwóch gości ze znakiem Nike na ręku. Kurde czekam gdy zobaczę kogoś z dziarą Microsoftu, lub Toyoty. Pewnie za parę dni znowu cos naskrobię. Jak miło - laptopa nikt nie ukradnie, jak będziecie mieli fuksa to może trochę mnie:-)
Z gorącym równikowym pozdrowieniem Tomasz ibn Jaqb


a ta brygada stacjonuje w miescie Coca.jpg
Plik ściągnięto 3535 raz(y) 97,77 KB

ABC selvy, drzewo komunikacyjne (Hacha Caspi), walenie w nie jest slyszalne z 6km niestety email wyslany do Polski nie doszedl, tzn ze Polska jest troche dalej. Tak na marginesie, jak to pociac na dechy.jpg
Plik ściągnięto 3559 raz(y) 108,55 KB

Abc selvy, w tych zgrubieniach (Supay Yurak)_sa mini mrowiska mroweczek, jak sie je rozdziabie i wydlubie jezykiem to jest pychota, tylko jezyk piecze.jpg
Plik ściągnięto 3545 raz(y) 69,15 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
Ostatnio zmieniony przez szymbz 2008-10-21, 18:19, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-21, 14:03   

...

ABC selvy, w zyciu tak pysznych owadow nie jadlem (Mayon lub chonta Curo) trzeba pamietac najpierw miazdzymy trzonowcami ich glowki zeby nas nie udizabaly zuwaczakami (chyba w tej Amazoni zdziczalem).jpg
Plik ściągnięto 3689 raz(y) 40,52 KB

ABC selvy, z kozen tej palmy (Pambil) swietnie nadaje sie na tarke do marchewki.jpg
Plik ściągnięto 3511 raz(y) 78,13 KB

ABC selvy, z tej liany, Una de gato, pije sie wode.jpg
Plik ściągnięto 3612 raz(y) 75,29 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-21, 14:04   

...

amazonski perz (Malanga), z rodziny obrazkowatych.jpg
Plik ściągnięto 3572 raz(y) 114,64 KB

Amazonskie dziecko.jpg
Plik ściągnięto 3556 raz(y) 48,07 KB

Atticora fasciata typowa jaskola duzych rzek u nas w Ekwadorze.jpg
Plik ściągnięto 3537 raz(y) 39,69 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



I N F O R M A C J A
Forum Przyroda wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas korzystania z naszych usług. Jeśli kontynuujesz przeglądanie naszej strony bez zmiany ustawień przeglądarki, oznacza to, że wyrażasz zgodę na użycie tych plików. Pamiętaj, że w każdej chwili możesz zmienić ustawienia swojej przeglądarki

© PRZYRODA.org | Noclegi Świerże Górne, Kozienice, Chinów - wysoki standard, niskie ceny!

phpBB by przemo   - mangi
POLECAMY
hwww.lto.org.pl

www.kuling.org.pl

www.kp.org.pl

www.nietoperze.pl



REKLAMA




.