PRZYRODA Strona Główna PRZYRODA
Forum dyskusyjne PRZYRODA to doskonale miejsce do wymiany informacji, poszerzania wiedzy, rozwiazywania problemow i wszystkiego co tylko zwiazane z przyroda i jej ochrona.

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Ekwador
Autor Wiadomość
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-21, 14:16   

...

Wsrod dzikich, amazonskich swin pojawila sie nowa swiecka tradycja, pirsing, a wlasciwie pigsing.jpg
Plik ściągnięto 2590 raz(y) 57,32 KB

Wyjec Alouatta seniculus , ciezko go podejsc.jpg
Plik ściągnięto 2592 raz(y) 73,26 KB

wysylanie kopi zapsowych zdjec, wez tu naklej na koperte 20 duzych znaczkow 1dolarowych.jpg
Plik ściągnięto 2569 raz(y) 57,02 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-21, 14:17   

...

zawsze swierze i naturalne napoje z puszki, koszt 1dolar (jak prawie wszytko tutaj).jpg
Plik ściągnięto 2535 raz(y) 36,93 KB

Zolwie (ten po hiszpansku sie nazywa Taricay) latwo zczaic bo najczesciej wokol nich lataja motyle zeby wyssac sol z wydzieliny z nosa.jpg
Plik ściągnięto 2524 raz(y) 50,12 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
lotr 


Posty: 730
Skąd: ...
Wysłany: 2008-10-22, 11:56   

Całość przeczytałem i już wiem, gdzie się wyprowadzę, jak tylko będę mógł rzucić pracę :P
 
 
zientek 


Posty: 556
Skąd: Gdańsk
Wysłany: 2008-10-22, 14:59   

i ja mam całość za sobą :) czekam na ciag dalszy
_________________
Piotr Zięcik
www.drapolicz.org.pl
www.kuling.org.pl
 
 
 
kessy 
Sokola Pani :>


Posty: 8915
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-10-22, 15:28   

Grono fanów się powiększa... Szymon, napisz Tomkowi że ma tu wiernych wielbicieli, może to go zmotywuje do pisania więcej, WIĘCEJ, WIĘCEJ :mrgreen:
_________________
Why should I hate you? You're perfect. It's you who should be hating me.
No good deed goes unpunished.

[i] Winer [i]
 
 
Wężosław 
Staszek B.


Posty: 817
Skąd: Podkarpacie
Wysłany: 2008-10-22, 18:25   

Cytat:
Mlody kajman.jpg

to chyba Melanosuchus niger jest

[ Komentarz dodany przez: kessy: 2008-10-22, 21:18 ]
Czyli kajman czarny. Ktoś tu nas ... motywuje do nauki łaciny :]
 
 
 
Kosack 
Wiślanin


Posty: 364
Skąd: Płock
Wysłany: 2008-10-23, 09:42   

jak zwykle czytam z zapartym tchem :)
Kiedy kolejna porcja? :)
_________________
Z czym do ptaka?
Sony A700+Sony 70-400SSM, Nikon 10x50CF Action EX, Celestron Ultima 80, statyw Goldphoto YH324+Manfrotto 501HDV
BirdWatcher
 
 
 
ornitocetus 
Marcin Pisula

kuling

Posty: 243
Skąd: Galway
Wysłany: 2008-10-25, 20:01   

I ja też przeczytałem do końca i czekam na więcej.
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-25, 20:10   

tymczasem odezwał się autor:

Cytat:
Jestem w szoku, że komus z wlasnej nieprzymuszonej woli chce sie to czytac, ale to mile...
Jesli chodzi o Ph. brasilianus to od naszego carbo raczej jest mniejszy, przynajmniej robi takie wrazenie i na pewno brzydszy. Nasze w godowce sa ladne czarne z bialymi gaciami i ta "siwizna" na glowie - ale moze sie tak podniecam z powodu badania ich :-) W porownaniu do carbo Ph. brasilianus wyglada malo ciekawie, bardziej jak mlody carbo. Ponadto jesli chodzi o ekologie, to pewnie pelnia dokladnie taka sama funkcje jak nasze - tzn. jest ich duzo i zra duzo ryby i pewnie miejscowi rybacy (nie wiem - nie pytalem, zreszta problemy jezykowe...) tez sie na nie wkurzaja.
A jesli chodzi o pielegnice, to w akwariach sie trzyma bardzo duzo ich gatunkow, moze 100, moze 200, moze wiecej. Tu w stawach plywa ich co najmniej kilka gatunkow. Jestem pewien, ze widzialem akary (tylko nie wiem jakie i nie mam ich na zdjeciu) - a te sa trzymane w naszych akwariach rowniez. Te pewnie tez jakis maniak trzyma w swoim akwarium. Chociaz wieksza popularnoscia ciesza sie pielegnice z wielkich jezior Afryki.
A jesli chodzi o drapole neotropikalne to w nastepnym mailu troche ich bedzie. Ostatnio bylo tylko urubu, ale to paskutstwo jest popularne od USiA az do Patagoni, a tu w wioskach lazi razem z kurami i z daleka mozna je z nimi pomylic. Dzis widzialem karakary czarne, ale aparat odmowil mi wspopracy, mam nadzieje, ze to baterie a nie woda... Za pare godzin bede wiedzial, bo je wlasnie laduje. Mam tez foty jakiegos czarnego myszaka, ale z moim kluczem nie moge go rozpoznac, po prostu jest malo dokladny i malo szat w nim jest. W domu mam Raptors of the world i pewnie tam to znajde, zaluje ze nie przefocilem paru ksiazek i nie wrzucilem do laptopa:-(.
A ten Melanosuchus niger to oczywiscie ta zabka?
Pzdr
Tomek
_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
kessy 
Sokola Pani :>


Posty: 8915
Skąd: Toruń
Wysłany: 2008-10-28, 12:09   

szymbz napisał/a:
Mam tez foty jakiegos czarnego myszaka, ale z moim kluczem nie moge go rozpoznac, po prostu jest malo dokladny i malo szat w nim jest.

Rzadko używam "niestandardowych" emotikonów, ale tu po prostu inaczej nie można - będzie myszołów! :radosc2: :radosc: :jupi:
Jako, że to neotropiki, myszak może nie być myszakiem ;) Aaaale czekam na zdjęcia! I przestawię swoje Raptors koło komputera żeby były pod ręką :>

szymbz napisał/a:
A ten Melanosuchus niger to oczywiscie ta zabka?

Wężosław napisał łacińską nazwę kajmana - oznaczył go do gatunku (kajman czarny po naszemu).

Ja osobiście bardzo dziękuję za odpowiedzi na pytania. I oczywiście czekam na ciąg dalszy - szczególnie po takich zapowiedziach jak powyżej :twisted:
_________________
Why should I hate you? You're perfect. It's you who should be hating me.
No good deed goes unpunished.

[i] Winer [i]
 
 
Wężosław 
Staszek B.


Posty: 817
Skąd: Podkarpacie
Wysłany: 2008-10-28, 15:25   

kessy napisał/a:
Wężosław napisał łacińską nazwę kajmana - oznaczył go do gatunku (kajman czarny po naszemu).
otóż to, jakby jakie węże do oznaczenia były to chętnie spróbuję ;)
 
 
 
tusia 
Marta Ś.


Posty: 1063
Skąd: Katowice
Wysłany: 2008-10-28, 16:00   

Szymonie, napisz prosze Tomkowi ze ma coraz wieksze grono wielbicielek (i wielbicieli jak mniemam ;) , ktorzy z niecierpliwoscia czekaja na ciag dalszy :tup: , pozdrowienia
 
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-29, 07:58   W glanach przez swiat, smierc w Wenecji czyli...

...dalsza czesc filmu o facecie w lodzi

mówisz masz (dzięk za pomoc wiadomo kto :) :
Cytat:
Hola!!
Na początek tylko napiszę że ci co narzekają że tekst jest za długi i po wydrukowaniu tyle a tyle stron ma i że ta ilość przeraża. Taka mała rada: proszę czcionkę zmniejszyć do 8 i zmniejszyć marginesy to wtedy będzie mniej stron, ale do czytania tyle samo :-) Albo se odpuścić moje marudzenie i obejrzeć same zdjęcia.
I już jestem po selvie. Szybko to minęło - ponad 2 tygodnie w sumie. Ostatnie parę dni zaplanowałem sobie zrobić bardziej indiańskie, potropić jeszcze w miarę dzikich indian, ale od początku. Moi organizatorzy wycieczki okazali się totalnymi ściemniaczami. Nie żeby mnie totalnie wykiwali o nie, ale gdybym wiedział jak to będzie wyglądać to nie wiem czy bym się zdecydował, ale w sumie jestem zadowolony i myślę, że warto to było wydanej kasy, mimo że kasa była całkiem spora. Chyba będę musiał sprzedać gdzieś
te zdjęcia lub walnąć jakiś artykuł coby mi się to trochę zrekompensowało.

Ta pierwsza wycieczka jeszcze do wioski indian Kichua, razem z dopłynięciem na drugi dzień do Coca kosztowała mnie 100 dolców. W sumie nie powinna mnie kosztować nic albo trochę symbolicznie bo okazało się, że mój koleszka Ekwadorski John i jego indiański trochę mało rozgarnięty kolega pracują w jakiejś rządowej organizacji która wraz z innymi pracownikami wizytowała tę oraz inne wioski. Wiec oni w tym wypadku nie ponosili żadnych kosztów, no chyba że odpalili dolę kierowcy. Tak czy inaczej wycieczka była za pieniądze państwa, czyli jak ktoś woli niczyje.....
W Coca okazało się że rządowy pracownik John zmienił się w samozwańcze biuro turystyczne - John and famnily Huarani travel agency i zorganizował mi wycieczkę na terytorium Huarani. Tak szczerze powiedziawszy jak widział ile to trzeba zachodu to sam bym miał problem to zorganizować. Zaproponowali mi przed wycieczką nocleg w swoim domu, hmmmm..... Domu - on mieszka w jednoizbowej altance z żoną i 2 dzieci, a ja miałem spać w domu obok, który jeszcze nie jest wykończony, czyli na budowie. Dom jeden od drugiego był oddalony jakieś 1,5 metra wiec luz. Jeśli sobie wyobrażacie budowę tak jak w Polsce tzn. cement, góra piachu, betoniarka, to w Ekwadorze to wygląda trochę inaczej. Tu do budowy domu wystarczy piła i młotek, a za materiał: kantówki, deski, gwoździe i kawałek blachy falistej. Mój "dom" był wielkości większego domku letniskowego, miał dach i, rzecz jasna, szkielet, 1/4podlogi, tzn. luźno położone dechy na 1/4 podłogi, miał też drzwi, okno i 1/4 jednej ściany (te już były przybite). W środku tego na przeciw drzwi nad częścią gdzie jest 1/4 podłogi rozwieszono hamak, na nim moskitierę i gotowe wyrko.
Uwielbiam hamaki:-) Co prawda martwiła mnie jedna rzecz tzn. brało mnie przeziębienie, kaszel, katar, ból gardła, ale w sumie tu jest ciepło, wiec to nie przeszkadza. Zapytałem się co z moimi klamotami. Oo nie problem postaw je tu - pokazuje John na nowy dom. To ja pytam czy nikt tego nie ukradnie. No coś ty, podwórko jest zamykane (na kłódeczkę trochę większą niż ja mam przy plecaku) a poza tem pilnuje tego pies. Hmmmmm pies... porośnięty szczeniak wilczuropodobny, który na mój widok najpierw zaszczekał, a potem uciekł w krzaki, a potem już merdał ogonkiem i się cały czas do mnie łasił. Ale Coca to spokojne miasto i nie ma tu za dużego złodziejstwa. Koniec końców mój bagaż został w ich normalnym domu czyli w altance też zamykanej na zasuwkę i kłódkę.
Na drugi dzień rano przyszedł indianiec Huarani i zaczęli gadać, że są problemy. Że te 500 dolców to za mało, że trzeba dokupić pojemniki na paliwo, których nie mają i że to będzie 80 baksów więcej. Ja na to że mogę dać max 50, stanęło na moim. I zaczęliśmy zakupy.
W sumie okazało się, że organizacja i przygotowanie takiej wyprawy nie jest takie łatwe. Najpierw szukaliśmy tych baniaków, były problemy z kupieniem, potrzebowaliśmy 6 po 10 galonów. O dziwo, mimo że to była niedziela wszystkie sklepy gdzie były tego typu rzeczy były pootwierane. Po godzinie jeżdżenia po mieście udało się je kupić. Potem zakup paliwa. W 18 tysięcznej Coce są 3 stacje benzynowe z czego tylko 2 działają. No i kolejny problem: na raz jedna osoba może kupić tylko 6 galonów. Co za schiza!!! Kraj zaraz po Wenezueli jest liderem w wydobyciu ropy w Ameryce Łacińskiej i takie jazdy!!! Nie licząc mnie w aucie były 4 osoby, więc coś tam zakombinowali i na jednej stacji kupili całość na 2 raty, tak szczerze to lubię kraje gdzie trzeba kombinować. To zawsze jakieś urozmaicenie nudy i dodatkowe emocje. Paliwo jest tanie - 1,5 dolca galon. Potem był zakup żarcia, Okazało się ku mojemu miłemu zaskoczeniu, że w cenę mojej wycieczki był wliczony zakup jedzenia, wiec kupowaliśmy za moje pieniądze, które wcześniej im dałem. Żarcie dla mnie i 2 przewodników. Co chwila mnie pytali co mamy kupić: to czy to, a skąd mam wiedzieć co oni lubią??? Na koniec jeszcze kupiliśmy 6 naboi i w drogę.
3 h się jedzie do wiochy z której miałem zaczynać podroż. To już terytorium Huarani a poza tem teren gdzie się wydobywa ropę, więc po drodze są kontrole. Na miejscu okazało się, że mój indianiec nie jedzie ze mną, że to była ściema z tym że on do tej wiochy ma płynąć. Może nie ściema, ale niedogadanie i problemy językowe. Z Johnem był problem bo po angielsku mówił słabo i jak się go o coś pytałem to często robił jak mój kumpel w Anglii - kiedy ktoś coś mówił do niego po angielsku to się uśmiechał i kiwał głową. John dodatkowo mówił tak lub ok. I nigdy nie wiedziałem, że naprawdę jest tak lub ok czy po prostu tak mówi bo nie chce z siebie zrobić idioty, że nie rozumie prostych pytań i odpowiada tak lub ok, ale dla mnie to nie było ok....

W wiosce dostałem 2 przewodników, zapytałem dlaczego 2?? No bo jeden jest za motorem a drugi mówi.. Jak się na następny dzień okazało mówi, ale nie do mnie, bo większość drogi milczeliśmy. Mówił do tego za motorem gdzie jest mielizna lub korzeń.
Noc spędziłem u Indian w wiosce. Wioska niczym się nie różni od innych, a dom moich gospodarzy był murowany jako jedyny. Był nowiutki i miał ładne kafelki na podłodze. Widać petro-dolary, które kampania naftowa daje Indianom. Jak się okazało nie byłem jedyną osobą która nie zna hiszpańskiego. Dziadkowie nie znali też. Seniorka rodu przygotowywała cicie, pod dachem (taki daszek gdzie była kuchnia i hamaki przed domem) wisiały oryginalne dzidy Huarani. W domu z kolei był komputer (ale bez netu). Z głośników ciągle na maksa leciała w kółko jedna, dwie piosenki w stylu ekwadorskiego disco polo. Młodzi oczywiście mają komórki, moja przy ich to stary gruchot, ale ja akurat do komórek nie przywiązuję wagi. Widać jak tych Indian wprost z paleolitu przeniesiono do współczesności. Starzy nie mówili po hiszpańsku i mieli jeszcze duże dziury w uszach. Przeniesiono ich wprost z paleolitu w erę komórek, komputerów, tojot i ropy naftowej. Przeniesiono z pominięciem epoki żelaza, brązu (chociaż po drodze liznęli trochę rolnictwa) z pominięciem starożytności, średniowiecza, baroku, renesansu, rewolucji przemysłowej. Starzy się wychowywali w paleolicie, ale ich wnukowie już mają telewizor, komórki i ekwadorskie disco polo. Przeskok niezły.
Momentami się tam czułem jak u cyganów. Chociaż nie wiem jak jest u cyganów, bo nigdy u nich nie byłem. Pewnie jak kiedyś będę to będę mówił że się u nich czułem jak u Indian Huarani :-)
Powala jedna rzecz u nich - ilość dzieci. Wioska i ta rodzina to jedno wielkie przedszkole. Każda laska powyżej 16 roku życia, czasem odnoszę wrażenie że i młodsze, ma dzieciaka na ręku lub chociaż brzuch. To niby jest pozytywne bo przynajmniej zachodzą w ciążę zgodnie z biologią. Ale ta liczba dzieci przeraża. Nie jestem Bono co po podróży do Afryki założył fundację, żeby pomagać Afryce. Ja jestem tym faktem przerażony. Pewnie to zabrzmi nieludzko, ale jestem biologiem i apeluję - nie dawajcie kasy na dzieci w krajach 3 świata, na lekarstwa, szczepionki, kopanie studni, oraz na wszelkie inne działanie, które zwiększa zaludnienie tych terenów. To co się tu dzieje to samobójstwo dla środowiska naturalnego i całej ludzkości w ogóle. Kiedy Huarani żyli w wioskach bez lekarzy tylko z szamanami i czarownikami, śmiertelność wśród dzieci była duża. Poza tem starsi często ginęli, bo tu jest dużo jadowitych i niebezpiecznych zwierzaków. I to miało sens: dużo dzieciaków i duża śmiertelność. Teraz śmiertelność jest minimalna, wiec z rodzinki która sobie liczy teraz 10 osób, za 40 lat będzie z 1000 osób. Żaden region nie wytrzyma takiej presji. Selva zginie i jeśli jej nie zniszczą buldożery nafciarzy, to ostatni tapir zostanie strawiony w małym beżowym brzuszku Indianina a ostatni centymetr dziewiczej selvy zostanie zadeptany przez małe beżowe stopki. Jeżeli chcecie pomoc 3 światowi to wysyłajcie tam środki antykoncepcyjne. Jako biolog widzę, że rozwój medycyny tylko kopie nam grób jako gatunkowi i ogólnie całej biosferze.
Mam nadzieję, że nie myślicie po tym że jestem jakimś potworem. Jestem tylko realistą, a tak poza tem lubię dzieci, nawet te indianskie. Są fajne, z reguły łażą za tobą jak pies jak idziesz np na zdjęcia. Łażą, milczą i patrzą się. Jak im spojrzysz prosto w oczy to się peszą i uciekają wzrokiem. Poza tem można się z nimi fajnie bawić - jak je gonisz to uciekają, jak uciekasz to one cię gonią. Chociaż trochę się wkurzałem jak podchodziły do mnie, macały rękę, chwytały mnie za kapkę włosów na ręku i wyrywały... ał!!!! Najgorsze jest to, że nie ma za bardzo jak się zemścić bo Inidańcy mają skąpą sierść i jedyne co mają to włosy na głowie i rzadkie łonowe; czasem z wiekiem coś im na twarzy wyrośnie w wyniku przemian hormonalnych, ale nie zawsze. Ponadto byłem pierwszą pewnie osobą, która zrobiła dla Huarani talarki :-) Dla tych co nie wiedzą tylko wspomnę, że to polega na tym, iż się bierze delikwenta za nogi tak na wysokości łydek, podnosi do góry tak że głowa jest blisko ziemi i potrząsa krzycząc: dawaj talary. Co wypadnie to twoje. Niestety dzieci Huarani nie mają kieszeni i z reguły nic przy sobie nie noszą, wiec się nie obłowiłem. Najzabawniejsze jest to, że bardzo im się to podobało w przeciwieństwie do niektórych moich polskich znajomych, a dziadkowie ich bardzo się z tego śmieli, co białas wyprawia z ich wnukami.

Na drugi dzień rano wyruszyliśmy. Rzeka jest super. Można ją porównać do Łyny i to takiej bystrej Łyny w okolicach rezerwatu Las Warmiński. No, może nie jest aż tak ekstremalna, bo jakby była to potrzebowalibyśmy 2 Pudzianów do przenoszenia łódki co 100m. Ale ciężko było, bo był niski stan wody, dużo kłód i mielizn. Tylko brakowało tak jak na Łynie malowniczego jaru i sosen, ale za to było dużo lian. Płynęliśmy w dół, wiec po południu rzeka się trochę poszerzyła i już była to bardziej Narew. Kolo południa minęliśmy jakąś Loge czyli miejsce dla turystów, tak poza tem to po drodze żywego ducha nie było. Widziałem swoje pierwsze kapibary i jedyne jak do tej pory. Takie bobry tylko bez ogonów. W sumie dobrze że tu bobrów nie ma, bo by się spłynąć nie dało. Chociaż czy bobrom by smakowały palmy?
Ponad to był ciekawy incydent po drodze. Siedziałem se na dziobie z aparatem gotowym do strzału, żeby jak coś wyleci to to zdjąć, a tu nagle kątem oka zobaczyłem coś srebrnego. Po chwili uderzenie w szyję i ból szyi, a potem za mną na środku łódki coś się szamotało. Jak się okazało rybka około 60 cm długa (ale dosyć cienka i długa) z bardzo dużymi żebrami, takimi co głębinowe ryby mogłyby jej pozazdrościć. Wyskoczyła za czymś z wody i miała pecha, bo zderzyła się ze mną i wpadła do łódki. W sumie miałem szczęście, bo ten gatunek ponoć dorasta do 3m. Jakby taka mnie walnęła, to nie wiem czy bym to przeżył. Ale i tak mam satysfakcję, bo na szyję ryby jeszcze nie złowiłem:-) Potem po drodze jeszcze zaczailiśmy na płyciźnie jedna rybkę, taką z 15 kg. No i... Indianin żywemu nie przepuści, starszy z przewodników wziął maczetę i poleciał za nią, ale zwiała. Młody był akurat za motorem i go tylko ochrzanił, że nie strzelał.
Tak poza tem to moi przewodnicy okazali się totalnymi pierdołami. Nie polecam ich na przyszłość. Karlos - mój pierwszy przewodnik był profesjonalistą, miał wszystko we łbie zaplanowane i wziął masę potrzebnych rzeczy. Ci praktycznie nic. Poza garnkiem, rozklekotaną maczetą i moskitierą. Nawet noża nie mieli, pożyczali ode mnie. O, przypomniałem sobie, mieli też latarkę, ale i tak woleli korzystać z mojej.
Wieczorem dopłynęliśmy do pierwszej indiańskiej wiochy. Żenada , widok przygnębia. Parę chałup, jedna maloka, reszta to na palach sklecone z desek budy z dachem z blachy. Po wielkości można sądzić że mieszka tam z 5 rodzin, ale tak naprawdę mieszkają tam tylko 3 osoby. Zero dzieci . A wiec jest tam stara indianka, młoda indianka i młody indianin. Generalnie rządziła tam stara indianka. Wyglądała jak Baba Jaga i tak się zachowywała. Cały czas gdzieś łaziła, machała łapami, coś mamrotała pod nosem. Jak była z nami to trajkotała jak radio, hiszpańskiego oczywiście nie znała, i to mi się podobało. Jak jej nie było to za nią trajkotała młoda. Indianin siedział cicho i tylko czasem się uśmiechał pokazując swoje prawie nagie dziąsła. Uzębienie indian to w ogóle osobny temat. Zauważyłem, że można wyróżnić kilka jego typów. Tak czy inaczej prawie każdy indianin nawet młody, nie ma górnych siekaczy. Dzieciaki mają wszystkie, ale już nastolatki.... Wygląda to jak cecha genetyczna, że po mleczkach siekacze już nie rosną. Indianin z typem A to w sumie wyjątek potwierdzający regułę.
B Brak górnych siekaczy
C brak górnych siekaczy i kłów
D brak górnych siekaczy, kłów i przedtrzonowców.
C - ten typ miał nasz indianin i to chyba najciekawszy typ uzębienia. Brak górnych siekaczy i przedtrzonowców. Osobnik taki wygląda jak amazońska , indiańska wersja Vlada Tepeza z Transylwani.

Oczywiście są rożne kombinacje tych typów, co daje dużo wariantów. Dolne uzębienie jest w lepszym stanie, bo siła grawitacji sprawia iż ślina zalega w żuchwie, a że ślina ma działanie bakteriobójcze to próchnica się tak nie rozwija. Żeby było śmiesznie dzicy zupełnie indianie mają ponoć pełne uzębienie.
Braki zębów są spowodowane ich ucywilizowaniem i "dobrobytem". Indianie mają jazdę na punkcie słodyczy i to jest cecha bardziej genetyczna. W selvie nie ma owoców, a trzeba je jeść żeby pozyskać witaminy. Tzn. owoce są, ale na niektórych drzewach i wysoko. Zanim opadną i staną się dostępne dla indian są najczęściej zjedzone przez zwierzaki żyjące w koronie drzew. Wiec dlatego ewolucyjnie indianie mają wbudowany mechanizm który powoduje iż słodycz cukru (w oryginale to była fruktoza) łaskocze ich część mózgu odpowiedzialną za przyjemność. Cały ten system jest do bani w świecie, gdzie czysty super słodki cukier jest dostępny na kilogramy a poza tem można dostać masę słodyczy.

Ale wracając do mojej bezludnej osady. Daliśmy indiance złowioną przeze mnie na moją szyję rybę. Oczywiście mój przewodnik musiał opowiedzieć historię jej złowienia. Po czem pani pocięła ją na kilka kawałków, nie patrosząc i wrzuciła do gara z gotującym się maniokiem. Po chwili miałem już gotowe danie na talerzu. Kurde w życiu tak ościstej ryby nie jadłem. Karp którego zwolennikiem za bardzo nie jestem jest przy tej bestii zupełnie bez ości. Wydłubałem mięso, poskubałem kawałek ikry z flaków i miałem talerz z jakimiś ościami do których były przyklejone kawałki mięsa i flaków. Zastanawiałem się czy to dać psu, ale pomyślałem że te ości mu zaszkodzą i dostanę jeszcze ochrzan. Jak bym dał to pewnie bym dostał ochrzan, ale nie z powodu że się psu coś stało, bo nim się nikt tu nie przejmuje. Na koniec baba jaga zabrała nasze talerze i najpierw przewodnika, potem mój przejrzała i wszystkie ostki zostały dokładnie wylizane i wyssane z resztek mięsni i trzewi. Aż mi się głupio zrobiło, że dopuszczam się takiego marnotrawstwa. Ale z drugiej strony fajnie że pani mimo że ma koszulkę z napisem genesis ma jeszcze trochę swojego honoru i zachowuje się jak typowy paleolityczny łowco-zbieracz, gdzie nic się nie może zmarnować. Chociaż tak na marginesie nawet nasi bezdomni i tuptusie nie są chyba aż tak ekstremalni.

Na następny dzień rano popłynęliśmy do Bameno gdzie miałem zobaczyć tych Dzikich Indian. Zabraliśmy młodą indiankę z młodym, kurde całą drogę trajkotała jak zegarynka. Masakra. Płynie się tam 3 godziny więc pierwszego dnia marne szanse cobyśmy przed zmrokiem tam dopłynęli, a po ciemku się nie pływa, bo nie widać kłód i mielizn.
Wioska porażka!! Spodziewałem się że zobaczę Dzikich. Czyli gołe jędrne biusty, gołe pośladki i pinga pinga na wierzchu, a tu Wszyscy w ubraniu!! Ponadto jest szkoła, wszyscy mieszkają w budach, jest tylko kilka indiańskich chałup. Czyli trochę mi moje biuro turystyczne naściemniało lub znowu problemy językowe! Tzn. okazało się że we wsi jest jeden, ostatni dumny Indianin, który w swoich stringach nosił drzewo, inni już nie. A szkoda. W wiosce też jest lotnisko tzn. pas startowy coby w razie wypadku można było kogoś stąd zabrać lub turystów dowieźć. Jest jeden indianin co zaczął coś mi opowiadać o indianach Huarani. Mówił bardzo czysto po hiszpańsku, a ja niestety za bardzo nic nie rozumiałem, więc żeby nie wyjść na głupka uśmiechałem się i kiwałem głową, że wszystko rozumiem, a w sumie nic nie czaiłem.
Potem zaczął się cyrk, teatr jednego widza. Zaczęli tzn. 2 kolesi - ten co opowiadał i jego kumpel - przy mnie robić pióropuszo-koronę z piór ary. Potem zapletli sobie stringi indiańskie, tzn. przepaskę za pomocą której podwiązuje się pinga pinga. Wszystko jest na wierzchu ale bez tego Huarani jest goły i chodzić tak nie wypada!!!
Potem przebrali się w te stringi i poszliśmy do innej chaty. Był tam jeszcze trzeci starszy, już przebrany w stringi. Tamten starszy nad ogniskiem zatruwał strzały do dmuchawki, a tamtych dwóch próbowało rozpalić ogień (mimo że obok paliło się ognisko) za pomocą starych metod, czyli deseczek i patyka, a pod tym puch bawełny. Męczyli się chyba z pól godziny. Pierwszy raz widziałem żeby Indianin się spocił. Już zaczęło się jarzyć i dymić, ale koniec końców zwalili ostatnia część i wszystko przygasło. Ale kompromitacja!!
Potem wyszliśmy z chałupy i było strzelanie z dmuchawki. Oddali po 4 strzały i mieli po jednym trafieniu. Raz strzeliłem ja i w sumie byłem bardzo blisko celu, gdybym miał 4 szanse to bym pewnie trafił. Już chciałem rzec, że Huarani są do bani i nic dziwnego że giną. Dmuchawka ma to do siebie że jest bardzo długa, ma z 3 metry. Generalnie lubię broń długą . Na strzelnicy strzelanie z pistoletów to męczarnia, ale kałach strasznie mi się podobał i dobrze mi się z niego strzela. Dmuchawka pewnie z tego powodu że jest długa też jest celna, tylko jest jeden problem. Przez to że jest długa, a trzyma się ją z jednej strony, strasznie ciężko ją utrzymać i wycelować, bo łapa strasznie drży przy takiej dzwigni.

Dowiedziałem się jednej ważnej rzeczy. Myślałem że strzały zatruwa się jadem małych żabek drzewołazów, ale okazuje się że tak robią inne plemiona. Huarani używają do tego liany. W sumie liany są dobre na wszystko i Huarani z liany i palmy zrobi absolutnie wszystko! Jeśli ktoś z was chce pozbyć się teściowej to zapraszam do nas, do Ekwadoru indianie na pewno doradzą jakąś skuteczną lianę. Ci kolesie co robili ten pokaz bardziej przypominali jakąś grupę rekonstrukcyjną, takie bractwo Indian Huarani niż prawdziwych Indian. Tym się różni od naszych bractw co robią średniowiecze czy husarie że nasi odtwarzają swoich przodków kilka pokoleń wstecz lub nawet kilkadziesiąt, a oni odtwarzają swoich ojców i dziadków. Nawet rekwizyty mają oryginalne po nich.
Za ten pokaz zażyczyli sobie 15 baksów czyli za 2h pracy po 5 baksów na łebka. Nieźle, lepiej zarobili niż pracownik Biedronki czy innej Stonki i nie musieli podnosić 2 ton. Ale luz, należało im się, dobrze że im się chce. Podejrzewam że jakiś doradca od spraw turystki im to doradził coby na zagraniczniakach trochę dutków zarobić.
Parę dni później w Quito przeglądałem albumy gdzie były zdjęcia Indian Huarani. No i poznałem tych z Bameno, nawet było napisane że to ta wiocha. Zero ogólnych kadrów wsi tylko detale i Dzicy. Dla tego fotografa musiała ten cyrk odstawić cała wiocha. I pozowali w selvie z dmuchawkami i zastrzelonymi zwierzakami. A kobiety udawały że niby za pomocą a’la podbieraka łowią ryby w rzece. Ale ściema!! Mam nadzieję że takiej samej nie odwalił Cejrowski kręcąc swój program, ale jak wrócę obejrzę ten odcinek w necie uważnie i przyjrzę się czy nie ma znajomych twarzy.

Koleś który prowadził pokaz na koniec mnie rozwalił, bo podał mi do siebie maila i adres strony www. Co prawda nie mają we wsi ani prądu, ani telefonu, wiec internetu też nie, ale ma jakiegoś człowieka w cywilizacji i raz na tydzień może odbierać maila, a za parę dni czy tygodni będą mięć telefon satelitarny.
We wsi, co ciekawe, znalazłem zwierzaka co chciałem zobaczyć w naturze, czyli harpię. Piękne ptaszysko; miała złamane skrzydło i siedziała na gałęzi przywiązana sznurkiem za łapę. Widok przygnębiający, tym bardziej że Indianie chyba za bardzo o takie zwierzaki nie dbają. Jak sami za dużo mięsa nie jedzą to czym będą karmić harpię?
Pozytywnym aspektem wizyty we wsi było to, że udało mi się kupić oryginalny indiański hamak. Przepłaciłem, pewnie bym mógł kupić taniej, bo zapłaciłem aż 40 baksów, ale jakoś z Indianami targować się nie mam sumienia. Oni i bez tego są biedni i zawsze białasy ich oszukiwali, to teraz niech mają.
Na noc wróciliśmy do naszej wcześniejszej 3 osobowej wiochy. Zabraliśmy też jednego Indiańca z grupy rekonstrukcyjnej. Moi przewodnicy mogliby mnie chociaż zapytać czy mogą go wziąć bo w sumie to za moje pieniądze była wycieczka. Ale widać tu panują inne zwyczaje. Mi zresztą jego obecność pasowała, bo fajnie wyglądał i wychodził na zdjęciach, znacznie lepiej niż moi przewodnicy. Zresztą sam jeżdżę na stopa, wiec byłoby hipokryzją go nie zabrać. Pamiętam jak raz się wkurzyłem w Irlandii na klifach Mocher. Chciałem się stamtąd wydostać i łapałem stopa na parkingu. Zatrzymał się parę metrów przede mną bus, wysadził jakieś starsze towarzystwo po czem podjechał do mnie i mnie zabrał. Już mamy odjeżdżać, a widzę że jedna babcia coś macha za nami, więc powiedziałem kierowcy że coś od niego chcą. Kobieta podbiegła i zaczęła mówić, że to nie do zaakceptowania, że oni mu płacą, a on se za ich pieniądze kogoś podwozi. Musiałem wysiąść. Kurde, co za wredne babsko; ciągle tylko miałem nadzieję, że ten wredny babsztyl z tych klifów schrzanił się te 300 metrów do oceanu.

Po drodze padało. Zresztą podczas tej wycieczki codziennie lało tak minimum 3 h i to dosyć ostro. Widok 3 indian nakrytych folią dla mnie jest dziwny. Kurde, ja byłem bez folii i mi było ok. Zresztą jak jest ciepło to woda nie jest zła. Oni jeszcze niedawno latali na golasa po selvie, a tu pada często, więc i mokli, a teraz muszą się folią nakrywać; hmmm.
Wieczorem strzeliliśmy jakiegoś kuraka. W nazwie hiszpańskiej i angielskiej ma słowo pospolity, wiec raczej mam czyste sumienie, że jakiegoś ginącego gatunku nie zeżarliśmy. Znowu Baba Jaga go ugotowała, tym razem z bananami (tymi pastewnymi bardziej w smaku przypominającymi ziemniaki). Banany były pokryte takim samym osadem jakim jest pokryty garnek jak się gotuje głowy ptaków coby potem wypreparować czaszkę, a do tego jeszcze było przylepione piórko.
Mi trafiły się nogi zwierzaka, więc za bardzo nie wiem (było już ciemno), ale mogę się założyć, że kurak był gotowany z flakami. Typowa indiańska kuchnia nie jest wyszukana. Zero przypraw, soli, tylko za łeb i do gara. Nawet najcudowniejsze mięso nie smakuje zbyt ciekawie gdy się nie dodaje przypraw lub warzyw. Po posiłku, jak się bujałem w hamaku, tak patrzyłem na wnętrze naszej chaty oświetlanej tylko przez ognisko. Chaty, do budowy której nie używano żadnego gwoździa, a dym się sączy przez szpary liści palm w dachu. No i rozchodziły się odgłosy Baby Jagi, która ciągle oblizywała paluchy i rozłupywała najdrobniejsze kostki coby je wyssać. Było ciemno więc koszulka Baby Jagi z napisem Genesis już tak nie raziła, więc se mogłem pomyśleć: tak mogło wyglądać życie parę tysięcy lat temu, nawet na naszych terenach. Równie dobrze mogłaby to być słowiańska lub pruska chata. Tego klimatu raczej nie odda obóz na Grunwaldzie czy Wolin. Ludzie wokół mnie swoją mentalnością tkwią jeszcze głęboko w paleolicie.
Powrót do domu był pod znakiem polowania. Wszystko według zasady Huarani żywemu nie przepuści. Każda łacha piachu gdzie były widoczne ślady żółwi była przeszukana. Mam już nowe zastosowanie maczety - szukanie żółwich jaj. Nie jest to łatwe, wiem z doświadczenia bo rozkopywałem gniazda w Polsce naszych błotnych czy moich w ogródku (oczywiście coby je doinkubować, a nie dla celów konsumpcyjnych) żółwica potrafi bardzo dobrze gniazdo zamaskować. Udało im się niestety znaleźć aż jedno gniazdo z jajami. To chyba był ten sam gatunek żółwia który paręset km stąd indianie kichua chronią i jaja inkubują. Ci zżerają je tak jak prawie wszystko. Dla Huarani zwierzęta dzielą się na te bardzo smaczne, czyli wszystko co da się bez większego problemu pogryźć i zjeść, oczywiście walory smakowe nie maja tu żadnego znaczenia. Druga kategoria to smaczne - wszystko co da się zjeść, ale już nie tak łatwo. I złe czyli jeśli tego Huarani nie dotknie to jest to absolutnie niejadalne. Wyjątkiem od tej reguły są węże. Nie wiedzieć czemu one dla Huarani stanowią tabu i nie mogą ich jeść ani zabijać, a wielu z nich ginie od ukąszeń węży.
Jajka żółwi są smaczne, nawet dla mnie i muszą być bardzo pożywne bo prawie cała zawartość to żółtko, ale ma trochę inną konsystencję po ugotowaniu niż kurze. Próbowaliśmy też złapać dorosłego żółwia, ja nawet w ubraniu wyskoczyłem za jednym z łódki wprost na środek rzeki (znowu okazałem się bardziej dziki od Indian). W sumie było mi wszystko jedno bo i tak byłem cały mokry po deszczu. Na koniec młody też się rzucił za jakimś dużym żółwiem. Ja chciałem tylko je obejrzeć, sfocić i wypuścić, ale moi towarzysze podroży mieli całkiem inne wyobrażenie co się z żółwiem stanie po złapaniu. Tym bardziej że został on zakwalifikowany jako bardzo smaczny. Więc chyba lepiej że go nie złapaliśmy. Pewnie by patrzyli na mnie jak na barbarzyńcę jakbym go wypuścił, albo bym musiał udawać niezdarę: ojej wymsknął mi się z rąk wprost do wody.....
Potem było łażenie ze strzelbą po selvie. Ku mojemu zdziwieniu udało im się strzelić pekari (są dwa gatunki: obrożne i to drugie; oni strzelili to drugie) i to aż 3!! Na moje nieszczęście rzucili je przede mnie na dziob łodzi i teraz przez resztę dnia przed oczami świeciły mi jaja odyńca, a nozdrza chłonęły jego zapach, który ciężko zakwalifikować do przyjemnych.
Po dwóch godzinach chłopaki stwierdzili, że jest za gorąco i trzeba je wypatroszyć. Jak to zrobili zaczęło padać :-) . Patroszyli oczywiście moim nożem, jakbym go nie miał by użyli maczety, ale nie sądzę żeby to było zbyt wygodne. Całe flaki po wyjęciu włożyli do łódki (oczywiście przede mnie tak. że moje nogi się w nich trochę moczyły). Rozumiem że się je nerki, wątrobę, nawet płuca, ale oni zjadają całe wnętrzności!!! Cały przewód pokarmowy czyścili; 3 pekari to jakieś 100 m jelit!!! A chyba nie muszę pisać co jest w jelicie grubym. Dobrze że to pekari i ich kupki tak nie śmierdzą. No i dobrze że Huarani nie są kanibalami bo jakby przede mną leżały 3 wypatroszone tusze Kichua, a koleś by czyścił w tym czasie ich jelita to by śmierdziało nieźle. Huarani są lepsi od wilków, bo wilki najczęściej przewód pokarmowy zostawiają. Można ich porównać do diabłów tasmańskich, bo diabły po zjedzeniu krowy zostawiają tylko rogi i kopyta. Oni by pewnie zostawili podobnie, no może niektóre kości by też zostały. U nas się w sumie też zjada jelita, ale tylko pod postacią kiełbasy gdy są napakowane zmielonym mięsem, ale zjadać same ugotowane błonki?? fuj.....
Na wieczór dopłynęliśmy do Logue dla turystów. Ośrodek dosyć fajny. Tam kurde znowu... Niemcy.... i Australijczycy a oprowadzała ich po selvie Szwajcarka (mogli by chociaż zatrudnić kogoś z biologicznym wykształceniem, np. mnie:-) bo ona bynajmniej takowego nie miała). Pogadałem z administratorem obiektu, powiedział że nocleg kosztuje 20 baksów, a posiłek 15. Ja na to że nie mam pieniędzy bo nie było tego w planach i że chcę spać w namiocie a zjem pekari z chłopakami, ile to będzie kosztowało??? On się zdziwił, że jako białas nie chcę spać w pokoju i do tego nic jeść, ale powiedział że nie ma problemu i nic nie muszę płacić. Pekari przyrządzili cywilizowani Huarani i przyznam - było smaczne. Zjedliśmy jedną lochę (strzeliliśmy 2odynce i jedną lochę), wiadomo - odyńce pachną i smakują niezabardzo. Chociaż mówić locha, odyniec w przypadku pekari to trochę śmieszne. Fakt, wyglądają jak dziki tylko mają rzadszą szczecinę i są mniejsze, odyniec wielkości typowego dziczego niezbyt wyrośniętego przelatka to brzmi śmiesznie. Jedząc to niezbyt pewnie się czułem. U nas zawsze się bada dziki czy świnie na włośnia. Tu nie, i dlatego staram się tu wieprzowiny nie jeść. Zapytałem moich indian o parazyty w pekari. Ci popatrzyli na mnie jak na idiotę i stwierdzili że coś takiego nie istnieje. W sumie się nie widzi włośnia. Nie widać, więc to znaczy że on nie istnieje, nie można też go kupić na Allegro. To tylko pogłębia w świadomości jego niebyt. Zresztą chyba nie warto za bardzo być biologicznie edukowanym, bo człowiek tylko się stresuje. Teraz obmacuję każdy pryszcz czy tam w środku jest stara poczciwa ropa, czy też jakiś obcy nie doszedł do wniosku, że cześć swojego stadium życiowego dobrze jest odbyć w moim białaskim organizmie.
Po posiłku poszedłem se na piwo. Stolik obok zagraniczniaki jadły właśnie kolację po wieczornym spacerze po selvie a ja piłem piwko przeglądając będącą w ośrodku książeczkę Birds of Colambia. Wtedy podszedł do mnie administrator i zapytał czy mam ochotę na kolację. Ja na to że dziękuję, nie jestem głodny. Zaczął nalegać że to za darmo itd.. Ja na to że jadłem pekari i w sumie nie mam na więcej miejsca. On że już jest dla mnie wszystko przyszykowane; no, w takiej sytuacji musiałem znaleźć miejsce i na zapleczu z miejscowymi zjadłem kuraka (na szczęście chyba fermowego bo nie był zbyt żylasty i kościsty), jakąś zupę i sok. Administrator zaczął się śmiać z jedynego Huarani co tam pracuje, że to gej. Tamten zaczął się bronić że nie. Ja pytam: dużo macie gejów w Ekwadorze? A on nie, tylko tego jednego.... Było zabawnie; na koniec stwierdzili żebym mocno się zamknął w namiocie. Pytałem czy dużo Polaków tu przyjeżdża. Odpowiedz brzmiała jak można się domyśleć - niezbyt. Ale za to sporo Rosjan. Nasi wschodni bracia dają miejscowym zarobić, bo najczęściej opróżniają cały barek ze wszelkiego rodzaju trunków, głownie tych mocniejszych i piwa.

No ale czas spać. Przed snem złapałem odjechaną dużą rzekotkę. Tu się trochę wkurzyłem bo aparat odmówił mi posłuszeństwa - pokazywał problemy z bateriami. Jestem pewien że naładowałem zapasowe przed wyjazdem, a tu są puste (niestety ładowarkę zostawiłem w Coca). Mam nadzieję że to wina mojego gapiostwa, a nie sprzętu, chociaż..... Mój sprzęt na żadnym wyjeździe tak nie dostał w tyłek jak teraz. Niby nowy aparat a już mi wyświetlacz zaparował od wewnątrz, kurde jak go w środku wysuszyć? Poza tem torba jest cała w błocie. Napis informujący o modelu czyli NOVA 4 prawie się zdarł, to już dobry znak świadczący o tym że od dawna nie jest już nowa. W sumie bardziej gustownie wygląda menel z reklamówka żulówką niż ja ze swoją torbą foto. Ale to pewnie lepiej, bo może mniej osób będzie chciało taki syf ukraść. Tylko w samolocie trochę obciach.
Droga powrotna była katorgą. Jestem w Amazonii i nie mogę robić zdjęć!!! Masakra, najgorszy koszmar. Ale na szczęście nie było za dużo ptaków, a połowę drogi padało, więc luz, i tak bym dużo nie nafocił.
Potem był powrót rozklekotanym busikiem do Coca. Fajnie było patrzeć se na wzgórza porośnięte selvą z okna autobusu, po głowie mi chodził Czerwony Tulipan. Jak wrócę to muszę iść na ich koncert. Z reguły co roku mają koncert w okolicach zaduszek. Potem Tulipna zagłuszyło mi lokalne Disko polo puszczone w autobusie.
W Coce spotkałem się z szefem mojego samozwańczego "biura turystycznego" Powiedziałem mu co o tym myślę, że ta wiocha to ściema itd... A on na to że ci dzicy są, ale trudno ich znaleźć i że to bardzo niebezpieczne, bo obcym przebijają lancami serca. Tu akurat miał rację, bo tak w latach 70 skończyli nafciarze. Ostatnio się trochę uspokoili, ale dalej nie lubią obcych i mogą być niebezpieczni. W sumie to dobrze, bo dzięki temu jeszcze są.
Dobra teraz w autobus i do Quito zamienić Dżunglę Amazońską na dżunglę miejską, ale to na oddzielny elaborat. Teraz muszę iść na plażę :-)
Tomasz ibn Jaqb

P.S.
A tak na marginesie to w poniedziałek 3 listopada o 17:00 w Centrum Polsko - Francuskim w Olsztynie mam wernisaż fot. o Celtach, po wernisażu pokaz slajdów, wiec już teraz zapraszam :-)


Amazonska sujka, tego wszedzie tu pelno i ciagle sie drze, Ara ararauna.jpg
Plik ściągnięto 2520 raz(y) 51,75 KB

Bromelie jak zawsze w Amazoni rosna wszedzie.jpg
Plik ściągnięto 2547 raz(y) 118,84 KB

Chyba trafil.jpg
Plik ściągnięto 2642 raz(y) 47,81 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
Ostatnio zmieniony przez szymbz 2008-10-30, 08:10, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-29, 07:59   

...

Duzy jak na zimorodka, samica Megaceryle torquata.jpg
Plik ściągnięto 2540 raz(y) 65,94 KB

Dziadek dzidek.jpg
Plik ściągnięto 2582 raz(y) 51,49 KB

Huarani przed chata, widac folia dotarla nawet tutaj.jpg
Plik ściągnięto 2618 raz(y) 88,49 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
szymbz 

kuling

Posty: 2566
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2008-10-29, 07:59   

...

Huarani teraz wola 48 konne Yamahy niz wiosla.jpg
Plik ściągnięto 2549 raz(y) 53,94 KB

Huarani ze swoimi dmuchawkami.jpg
Plik ściągnięto 2697 raz(y) 95,75 KB

Huaranka podczas plecenia.jpg
Plik ściągnięto 2555 raz(y) 60,02 KB

_________________
http://rejsynaptaki.blogspot.com/
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



I N F O R M A C J A
Forum Przyroda wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas korzystania z naszych usług. Jeśli kontynuujesz przeglądanie naszej strony bez zmiany ustawień przeglądarki, oznacza to, że wyrażasz zgodę na użycie tych plików. Pamiętaj, że w każdej chwili możesz zmienić ustawienia swojej przeglądarki

© PRZYRODA.org | Noclegi Świerże Górne, Kozienice, Chinów - wysoki standard, niskie ceny!

phpBB by przemo   - opowiadania
POLECAMY
hwww.lto.org.pl

www.kuling.org.pl

www.kp.org.pl

www.nietoperze.pl



REKLAMA




.