Zamieszkujące Antarktykę pingwiny Adeli mogą wymrzeć w ciągu pięciu, dziesięciu lat z powodu zdecydowanego ocieplenia, jakie zaszło tam ostatnich dekadach i nie ustaje. O najnowszych spostrzeżeniach ekologów informuje serwis "National Geographic".
Pingwiny Adeli to najmniejszy gatunek pingwinów. Ważą one po około 4-5,5 kg. Zagrożenie stanowi dla nich przełowienie wód wokół Antarktydy i zmiany klimatu. Niektóre ich populacje antarktyczne jakoś się trzymają, jednak większość gwałtownie się kurczy.
Pingwiny te do przeżycia potrzebują zimą grubego lodu pływającego i szelfowego, z którego polują na oceaniczny kryl. Jednocześnie latem zasięg lodu musi się zmniejszać tak, by mogły się swobodnie dostawać do znajdujących się na lądzie kolonii lęgowych. Dawniej średnie szerokości geograficzne Półwyspu Antarktycznego spełniały te warunki, stanowiąc dla tych ptaków idealne siedlisko. To się jednak zmieniło. "Region ten doświadczył najgwałtowniejszego na ziemi ocieplenia w okresie zimowym" - ocenia Bill Fraser, ekolog z Polar Oceans Research Group w Sheridan w stanie Montana. - Temperatury w środku zimy są obecnie o około 6 st. C. wyższe niż pół wieku temu".
Jeśli ten trend się utrzyma, to - zdaniem Frasera - pingwiny Adeli wymrą lokalnie w ciągu pięciu, dziesięciu lat.
Odkąd Fraser rozpoczął swoje badania pingwinów antarktycznych w 1974 r., zauważył, że populacja pingwinów Adeli w zachodniej części Półwyspu Antarktycznego zmalała o 80 proc. Obecnie jest tam 8 tys. ptaków, wcześniej kolonię tworzyło 40 tys. "One są jak kanarki w kopalni - reagują na zmiany, które zachodzą wokół na niespotykaną dotąd skalę" - podkreślił Fraser.
Badacz zauważa jednak, że w miarę, jak ociepla się Półwysep Antarktyczny, południowe części Antarktyki stają się coraz bardziej gościnne dla tego gatunku. W ostatnich dekadach liczba pingwinów Adeli na odległym, południowym krańcu półwyspu potroiła się - ocenił. Za to okolice dawniej opanowane przez pingwiny Adeli obecnie zajmują inne gatunki tych ptaków, np. pingwin białobrewy czy Pygoscelis antarcticus. Naukowcy obawiają się jednak, że z czasem wszystkie części Antarktyki ogrzeją się na tyle, że Adelom będzie tam za ciepło.
Kanadyjska prowincja Manitoba wpisała niedźwiedzia polarnego na listę gatunków zagrożonych. Zdaniem naukowców zmiany klimatyczne mogą przyczynić się do wymarcia dwóch trzecich światowej populacji tych zwierząt.
Ministerstwo ochrony środowiska Manitoby uznało, że niedźwiedź polarny jest gatunkiem "o trudnej przyszłości". Decyzja ta oznacza, że rozwój gospodarczy na terenach, gdzie występują te zwierzęta zostanie ograniczony. Podobne decyzje podjęły wcześniej prowincje Ontario i Nowa Fundlandia.
Niedźwiedzie polarne polują zimą na foki na zamarzniętej Zatoce Hudsona, na dalekiej północy Manitoby. Latem, kiedy lód topnieje, zwierzęta przenoszą się na ląd. Najwięcej jest ich w okolicach miasta Churchill, zwanego światową stolicą niedźwiedzi polarnych. Jesienią zeszłego roku doliczono się tu około tysiąca sztuk. Wskutek zmian klimatycznych lód topnieje wcześniej i na dłuższy okres. Zdaniem naukowców niedźwiedzie polarne, nie mogąc polować, tracą na wadze i stają się mniej wytrzymałe. Według prognoz do roku 2050 wyginie ponad 60 proc. populacji. Obecnie ocenia się, że na świecie żyje około 25 tysięcy niedźwiedzi polarnych, z tego dwie trzecie na terenie Kanady.
W Indiach pozostało już tylko 1411 tygrysów, czyli, jak się szacuje, o połowę mniej niż w 2002 roku - wynika z opublikowanego przez rząd spisu tych drapieżników. Tygrysy padają ofiarą kłusowników w związku z zapotrzebowaniem na składniki tradycyjnej medycyny, zwłaszcza chińskiej, przypisującej lecznicze właściwości częściom tych zwierząt. Tygrysia populacja kurczy się także w związku ze zmniejszaniem ich siedlisk, powodowanym przez wycinanie dżungli i rozrastanie się ludzkich siedzib. Zmniejsza się także ilość zwierzyny, na którą tygrysy polują - podał w oświadczeniu Rajesh Gopal z państwowej placówki zajmującej się ochroną tygrysów.
Poprzednie spisy, z lat 2001 i 2002, oceniały liczbę tygrysów na 3642. Sto lat wcześniej było ich w Indiach około 40 tysięcy.
Według obrońców przyrody kurcząca się liczba tygrysów to również rezultat wakatów na posadach strażników leśnych, marnie opłacanych i za słabo uzbrojonych, by mogli uporać się z kłusownikami. Tygrysia skóra na międzynarodowym czarnym rynku kosztuje do 50 tys. dolarów.
Jest mało prawdopodobne, by tygrysia populacja została odbudowana - powiedział Valmik Thapar, doradca premiera Indii do spraw ochrony przyrody.
Najnowszy spis, rozpoczęty w styczniu 2006 roku, przeprowadzono z wykorzystaniem programów komputerowych, pozwalających uniknąć podwójnego uwzględniania śladów tego samego osobnika.
Nie objęto nim mangrowcowych bagien Sundarbans na granicy Indii z Bangladeszem, ponieważ na ich terenie należałoby zastosować inne metody liczenia.
Po uwzględnieniu marginesu błędu, liczba tygrysów w Indiach wynosi od 1165 do 1657.
Ocenia się, że na całym świecie na wolności pozostało 5-7 tys. tygrysów. Zamieszkują azjatyckie dżungle i lasy w Indiach, Indonezji, Kambodży, Birmie, Chinach i Malezji. Na początku XX wieku było ich 100 tysięcy. W ciągu 70 lat wyginęły podgatunki: tygrysa balijskiego, jawajskiego i kaspijskiego.
Przetrwanie podgatunków pozostałych: tygrysa syberyjskiego (amurskiego), bengalskiego, indochińskiego, południowochińskiego i sumatrzańskiego jest poważnie zagrożone.
Tygrys, największy ze wszystkich wielkich kotów, może osiągnąć wagę do 450 kg i długość (od nosa po czubek ogona) 3 metrów.
Trochę z innej beczki, ale nie chciałem żeby cytat zniknął w Ciekawych artykułach
Cytat:
Wyginął, a teraz powraca
Margit Kossobudzka
2008-05-21, ostatnia aktualizacja 2008-05-21 08:57
Po raz pierwszy naukowcom udało się ożywić w innym organizmie fragment materiału genetycznego wymarłego zwierzęcia. To krok w stronę odzyskania utraconych gatunków
Żyjący na Tasmanii wilk workowaty (zwany też tygrysem tasmańskim) zniknął na początku lat 90. XIX wieku. Wytrzebili go myśliwi. Na początku XX w. pojedyncze sztuki żyły jeszcze w ogrodach zoologicznych, skąd zresztą pochodzą najsłynniejsze zdjęcia tego dziwnego zwierzęcia (drapieżnika trzymającego swoje młode w torbie jak kangur). Ostatni przedstawiciel gatunku padł w ogrodzie zoologicznym w stolicy Tasmanii Hobart w 1936 r.
Od lat mówi się, że wilk workowaty jest jednym z pierwszych zwierząt, które genetycy chcieliby przywrócić do życia. Na razie zrobiono ku temu mały krok. Naukowcom z uniwersytetu w Melbourne w Australii oraz z Uniwersytetu stanu Teksas w USA udało się wyizolować fragment DNA wilka, a potem ożywić go, wszczepiając do mysich embrionów. Wyniki ich pracy publikuje najnowsze "PLoS".
Uczeni pobrali stuletnie próbki trzech młodych wilków oraz fragment zasuszonej skóry dorosłego osobnika znajdujące się w wypełnionych alkoholem pojemnikach należących do Muzeum Wiktorii w Melbourne. Jak się spodziewano, wilcze DNA było mocno poszatkowane, zniszczone. Na szczęście udało się wyizolować z każdego z okazów fragment materiału genetycznego, który interesował naukowców. Do badań wybrano króciutki kawałek DNA będący włącznikiem genu o nazwie Col2A1. U myszy jest on odpowiedzialny za tworzenie się chrząstek i kości.
Włącznik liczył sobie tylko 17 par zasad (cegiełek budujących DNA). By gołym okiem sprawdzić, czy zadziała u myszy, uczeni doczepili do niego fragment odpowiedzialny za tworzenie się niebieskiego barwnika. Genetyczny konstrukt został podany mysim embrionom będącym w bardzo wczesnym stadium rozwoju. Ku uciesze uczonych mysie chrząstki i kości z dnia na dzień stawały się coraz bardziej niebieskie. Oznaczało to, że obce DNA zaczęło działać. Wrócono życie maleńkiej cząstce wilka.
Niestety, dzisiaj nie da się przywrócić do życia całego wilka workowatego. Jego zachowany materiał genetyczny jest zbyt pocięty i zniszczony, żeby przy obecnej technice było to możliwe. Ale zachęceni sukcesem uczeni chcą badać dalsze cechy drapieżnika - np. dlaczego będąc torbaczem, wyglądał bardziej jak pies, a nie kangur.
Jednak uczeni twierdzą, że wykorzystana przez nich technika ma ogromny potencjał. Puszczając wodze fantazji - może posłużyć do ożywienia genów dinozaurów czy neandertalczyka. Wprawdzie im starsze DNA, tym będzie o to trudniej, ale jest kilka gatunków, np. mamut, których DNA zachowało się świetnie. Zresztą to, co dziś wydaje nam się niemożliwie, za kilka-kilkanaście lat może być wykonalne.
- Dzisiaj gatunki, szczególnie ssaki, wymierają coraz szybciej - podkreśla dr Andrew Pask z uniwersytetu w Melbourne, główny autor pracy. Żeby ich nie stracić, w USA stworzono tzw. zamrożone zoo, gdzie w ciekłym azocie przechowuje się tkanki zagrożonych gatunków.
Szczerze mówiąc to średnio podoba mi się takie grzebanie, zwłaszcza że ta zabawa jest dość kosztowna, a ochrona przyrody ma dużo bardziej palące potrzeby w kwestii gatunków które wciąż żyją
_________________ Bart Smyk
"Na zielonej trawce
Pasły się pratchawce
Jeden mówi do drugiego:
Pożycz cewki Malpighiego"
średnio podoba mi się takie grzebanie, zwłaszcza że ta zabawa jest dość kosztowna, a ochrona przyrody ma dużo bardziej palące potrzeby w kwestii gatunków które wciąż żyją
to stwierdzenie byłoby słuszne gdyby założyć, że zaoszczędzona kasa poszłaby na ochrone przyrody. Jednak to założenie mało prawdopodobne...
Moim zdaniem - niech grzebią - i nie chodzi tu o sam postęp nauki ale o to, że ze sporym prawdopodobieństwem kiedyś coś interesującego z tego wyniknie... Choć to obecnie science-fiction, to ja bym nie miał nic przeciwko, żeby zobaczyć żywego wilka workowatego...
to stwierdzenie byłoby słuszne gdyby założyć, że zaoszczędzona kasa poszłaby na ochrone przyrody. Jednak to założenie mało prawdopodobne...
Wiem, tak mi się idealistycznie wyrwało
Rojst napisał/a:
Choć to obecnie science-fiction, to ja bym nie miał nic przeciwko, żeby zobaczyć żywego wilka workowatego...
Sam bym z chęcią go obejrzał (pamiętam te połykane w podstawówce książki o tajemniczych zwierzakach z odległych krain, które być może już wyginęły). Tylko ciekawi mnie czy panowie grzebacze biorą pod uwagę np kwestię chowu wsobnego - w końcu owa odtworzona populacja pochodziłaby od trzech osobników, i to jeśli dobrze pamiętam - z młodych z jednego miotu
_________________ Bart Smyk
"Na zielonej trawce
Pasły się pratchawce
Jeden mówi do drugiego:
Pożycz cewki Malpighiego"
Tylko ciekawi mnie czy panowie grzebacze biorą pod uwagę np kwestię chowu wsobnego - w końcu owa odtworzona populacja pochodziłaby od trzech osobników, i to jeśli dobrze pamiętam - z młodych z jednego miotu
oczywiście masz rację, ale powoli, powoli... puszczając wodze wyobraźni można sobie wyobrazić, że uda się sklonować kilka egzemplarzy w oparciu o różne szczątki...
Szczerze mówiąc to średnio podoba mi się takie grzebanie, zwłaszcza że ta zabawa jest dość kosztowna, a ochrona przyrody ma dużo bardziej palące potrzeby w kwestii gatunków które wciąż żyją
a kto powiedział, że to jest finansowane z pieniędzy na ochronę przyrody? To jest finansowane z pieniędzy na naukę, na badania podstawowe. Wilk workowaty jest charyzmatyczny, więc łatwiej zdobyć kasę na badania nad nim, ale kto wie, może opracowane w ten sposób metody posłużą w ochronie i odtwarzaniu gatunków, które jeszcze uratować bądź odtworzyć można? DNA wilka workowatego jest poszatkowane i go już nie poskładamy, no i początkowa wielkość populacji (n=1 genotyp!) powinna wybić z główek myśli o odtworzeniu ww. Ale może inne? A jak nie odtwarzanie wymarłych gatunków, to może leczenie jakiśch chorób? Jak nie odtworzenie wilka jako gatunku, to choć odtworzenie jednego osobnika, żeby się czegoś dowiedzieć o tym gatunku, o jego fizjologii, behawiorze, biomechanice. Do tego potrzebny byłby choć jeden żywy osobnik, a krzywdy mu przecież nie zrobimy, byłby do śmierci na rękach noszony Cholera wie... Zresztą nieważne, kierunków rozwoju nauki nie można i nie należy planować pod kątem utylitarnych zastosowań za rok, za dwa. To absurd, bo nauka rozwija się chaotycznie, rośnie jak drzewko na wszystkie strony i co jakiś czas wypluwa na którejś z gałązek rozwiązania, dzięki którym leczymy chorych, latamy samolotami i chronimy torfowiska. Ale daje też czystą wiedzę, ot tak, dla ciekawości - na tym polega cywilizacja, że interesuje nas coś więcej, niż tylko pełna micha i rozród...
Koralowce wołają SOS
Sławomir Zagórski2008-07-11, ostatnia aktualizacja 2008-07-10 19:10
Aż jedna trzecia gatunków budujących piękne rafy koralowe jest zagrożona wyginięciem - ostrzegają naukowcy w dzisiejszym "Science"
Badacze ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Australii, Kostaryki, Indonezji, Kenii i Filipin po wodzą Kenta Carpentera z Uniwersytetu w Norfolk (USA) wzięli pod lupę 845 gatunków koralowców budujących rafy w różnych zakątkach świata. Poklasyfikowali je zgodnie z kryteriami Czerwonej Księgi Zagrożonych Gatunków publikowanej od 1963 r. przez Międzynarodową Unię Ochrony Przyrody. Ostatnia edycja Księgi sprzed roku zawierała dane ponad 16 tys. gatunków zagrożonych wyginięciem - w tym ponad 8 tys. roślin i niewiele mniejszej liczby zwierząt (jest na niej co czwarty gatunek ssaków, co piąty ptaków i co trzeci płazów).
Czerwona Księga grupuje gatunki w ośmiu kategoriach:
- niedostatecznie rozpoznane,
- najmniejszej troski,
- bliskie zagrożenia,
- narażone,
- zagrożone,
- krytycznie zagrożone,
- wymarłe na wolności (co oznacza, że pojedyncze okazy czy nawet populacje mogą żyć jeszcze w hodowlach i ogrodach zoologicznych),
- wymarłe całkowicie.
Za zagrożone wyginięciem uważa się należące do kategorii czwartej, piątej i szóstej.
Biały jak koral
Koralowce to zwierzęta należące do jamochłonów. Żyją pod postacią polipów przytwierdzone do dna morskiego. Najlepiej rozwijają się w ciepłych i nasłonecznionych wodach. Rafy tworzą wyłącznie w morzach tropikalnych na głębokościach nie większych niż 46 m. Nie wytrzymują one bowiem temperatury poniżej 18-19 stopni. W ciepłych i płytkich wodach niemal każdy metr kwadratowy dna pokryty jest różnobarwnymi koralami i ukwiałami. Rafy (a także atole południowego Pacyfiku) zbudowane są z miliardów wapiennych szkielecików pozostałych po koralach, które żyły przed wiekami. Żywe kolonie występują tylko w górnych partiach raf, dobudowując ich kolejne warstwy.
Koralowce świetnie dawały sobie radę na Ziemi przez dziesiątki milionów lat. Są dość mocno zróżnicowane, a na dodatek szeroko rozpowszechnione w różnych częściach globu, dlatego też trudno uznać je za szczególnie narażone na nagłe wyginięcie. Z drugiej jednak strony z danych paleontologicznych wynika, że w przeszłości koralowce przeżywały trudne chwile. Na przełomie kredy i trzeciorzędu wyginęło aż 45 proc. gatunków tych zwierząt.
Ostatnio zrobiło się o nich głośno w związku z ociepleniem klimatu. Gwałtowne zwiększenie poziomu dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych w atmosferze wyraźnie szkodzi rafom koralowym i to na dwa sposoby. Po pierwsze, podnosi się temperatura na powierzchni oceanów, po drugie, woda pochłaniająca CO2 ulega zakwaszeniu. Wysoka temperatura powoduje nagłe odbarwienie rafy, a także jej obumieranie. Korale tracą wspaniałe barwy, ponieważ wysokiej temperatury nie znoszą wypełniające je maleńkie kolorowe glony - zooksantelle. Z kolei zakwaszenie wód oceanicznych skutkuje spadkiem stężenia jonów węglanowych, w wyniku czego koralowce mają kłopoty z budową szkieletu.
Z tego też powodu ekipa Carpentera postanowiła sprawdzić, jak daleko pięknym koralowcom do wyginięcia. Spośród badanych 845 gatunków udało się zdobyć miarodajne dane na temat 704. Okazuje się, że aż 231 z nich, a więc prawie jedna trzecia, to organizmy narażone, zagrożone lub krytycznie zagrożone wyginięciem.
Tylko płazy mają gorzej
W największym niebezpieczeństwie znalazły się gatunki z rodzin Euphylliidae, Dendrophylliidae i Acroporidae (połowa z nich może za jakiś czas zniknąć z powierzchni Ziemi). Zdecydowanie bardziej zagrożone są koralowce występujące w wodach płytszych (do 20 m głębokości) niż te żyjące głębiej.
"Nasze badania pokazują, że sytuacja koralowców dramatycznie pogorszyła się w ciągu ostatnich 10 lat" - piszą autorzy raportu. Przed 1998 r. zaledwie 13 gatunków korali było zagrożonych, dziś jest ich aż 18 razy więcej!
Rok 1998 był akurat bardzo znamienny dla raf. To właśnie wtedy z powodu rekordowego ocieplenia wód oceanicznych zaobserwowano masowe blednięcie koralowców. Pięć lat później 6,4 proc. uszkodzonych raf odzyskało barwę, podczas gdy 16 proc. uznano za bezpowrotnie zniszczone.
Tylko jedna grupa zwierząt lądowych jest dziś bardziej zagrożona wyginięciem - twierdzą naukowcy. Chodzi o płazy, na temat których ekolodzy biją na alarm już od lat. Koralowce są w o tyle złej sytuacji, że prowadzą osiadły tryb życia i nie mają możliwości przenoszenia się w razie czego do nieco chłodniejszej wody.
Pod względem geograficznym w najgorszej sytuacji znajdują się rafy w rejonie Karaibów. - Zaledwie 25 proc. z nich jest naprawdę zdrowe - ostrzegli amerykańscy eksperci podczas odbywającego się właśnie sympozjum badaczy raf koralowych w Fort Lauderdale na Florydzie. W "Science" naukowcy piszą, że szczególnie cierpią tu dwa gatunki - Acropora cervicornis i Acropora palmata. Obydwa ostatnio dostały się na listę zagrożonych gatunków w USA. Umieszczony został na niej także inny popularny w tym rejonie gatunek korala - Montastraea annularis. Jego populacja wyraźnie zmniejszyła się w ciągu ostatniej dekady, na wielu rafach stracił już pozycję gatunku dominującego.
Korale Oceanu Indyjskiego wyjątkowo silnie ucierpiały na skutek ocieplenia wód w 1998 r.
Z kolei epicentrum morskiej bioróżnorodności - słynny Koralowy Trójkąt: Indonezja - Malezja - Filipiny, jest stosunkowo najbardziej narażony na niszczycielską działalność człowieka. Rafy cierpią tam na skutek intensywnych połowów ryb, a w Indonezji łowi się i sprzedaje również same korale. Ludzie niszczą też rafy, zanieczyszczając wody ściekami, pogłębiając dno na szlakach morskich czy detonując materiały wybuchowe pod wodą lub stosując cyjanek sodu w celu łatwiejszego połowu ryb. Do tego dochodzi jeszcze erozja gleb na lądzie i dewastacja lasów na wybrzeżu, które powodują coraz większe zamulenie wód przybrzeżnych, a w efekcie obumieranie polipów korali. Ten wpływ człowieka nie dotyczy wyłącznie Koralowego Trójkąta, ale także innych rejonów, a szczególnie Karaibów.
Stosunkowo najbardziej bezpieczne są koralowce na wyspach Pacyfiku i rafy na Hawajach, choć w przypadku Hawajów poczucie bezpieczeństwa może być złudne. To izolowany archipelag z wieloma endemicznymi (występującymi wyłącznie na tym terenie) gatunkami. - Wystarczy, że kilka z nich zostanie zagrożonych, a natychmiast ucierpi cała rafa - ostrzegają autorzy pracy w "Science".
- Rafy koralowe to nie tylko jedna z najpiękniejszych rzeczy na naszej planecie - przekonują. - To także poczucie bezpieczeństwa dla milionów ludzi, których dieta składa się głównie z bytujących tam ryb. Jeśli nie zadbamy w porę o korale, stracimy nie tylko perły naszej przyrody, ale narazimy się także na poważne kłopoty gospodarcze.
Topnienie lodu spowodowane ocieplaniem się klimatu zagraża przetrwaniu lisów polarnych - pisze brytyjski dziennik "The Guardian". Zwierzętom łatwiej znaleźć pożywienie na lodzie niż na lądzie
Naukowcy śledzili drogi 14 młodych lisów, które miały przeżyć pierwszą arktyczną zimę na Alasce, gdzie temperatura spada do minus 30 stopni i panuje noc polarna. Przeżyły tylko trzy, które wędrowały przez zamarznięte morze, szukając resztek po upolowanych przez niedźwiedzie fokach. 11 lisów, które zostały na lądzie, zginęło.
Zdaniem naukowców, którzy piszą o tym w czasopiśmie "Polar Biology", wędrówka taka pomaga lisom przetrwać: na lodzie jest mniej zagrażających im drapieżników i łatwiej znaleźć pożywienie.
Tymczasem pokrywa lodowa Arktyki topnieje. Powierzchnia lodu w ostatnich latach drastycznie się kurczy i tego lata padnie kolejny rekord.
Nathan Pamperin z wydziału biologii i przyrody w alaskańskim Uniwersytecie Fairbanks, który badał polarne lisy, ocenia, że te z nich, które zwykle wędrują po skutym lądem morzu, na lądzie będą miały o wiele trudniejsze warunki i tym samym prawdopodobnie mniejsze szanse przeżycia.
Lisie tropy polarnicy widywali w pobliżu bieguna, ale jak dotąd nie spodziewano się, że zwierzęta te spędzają tak dużą część roku daleko od wybrzeża - powiedział Pamperin. Badane lisy, które przeżyły zimę, spędziły pięć miesięcy na zamarzniętym morzu, pokonując 1700 mil.
Ostatnio wiele uwagi poświęcano skutkom topnienia lodów arktycznych, zagrażającym niedźwiedziom polarnym. Jeśli przyszłe pokolenia lisów polarnych stracą dostęp do lodu na morzu, pierwszym negatywnym skutkiem będzie zmniejszenie ich szans na przeżycie zimy i reprodukcję.
Lisy są w mniejszym stopniu zagrożone niż niedźwiedzie, ponieważ mogą zdobyć pożywienie na lądzie. To z kolei może spowodować ich rozprzestrzenianie się wokół ludzkich siedzib.
To miłe, że jesteśmy wrażliwi na los gatunków zwierząt. Ale ekolodzy nie uratują żadnego z nich. Gatunek może uratować tylko polityka niestety, nie fachowcy. I to w dodatku przypadkowo. Oto przykład z naszego podwórka. Derkacz. Przecież w latach 80. był rzadkością. Co spowodowało jego boom? Wałęsa! Solidarność! Nie ekolodzy, nie naukowcy. Przemiany polityczne pociągnęły przemiany gospodarcze, a te upadek PGR-ów i od tego momentu na ugorowanych łąkach gatunek się odrodził. I to jak! Niestety, musimy to przeboleć, ale w ratowaniu gatunków ekolodzy nie mają nic do powiedzenia, a nawet jeśli podamy przypadek pandy, to mamy dziesięć przeciwnych.
_________________ Ludzkie ciało jest takie miękkie - ponad 70% wody
http://eksplor.pl.tl/
To miłe, że jesteśmy wrażliwi na los gatunków zwierząt. Ale ekolodzy nie uratują żadnego z nich. Gatunek może uratować tylko polityka niestety, nie fachowcy.
Czy tylko polityka?
Na pewno jeżeli chodzi o masowe wymieranie gatunków, które dzisiaj obserwujemy. I o te gatunki, których przyczynami wymierania są zmiany klimatu, jak wspomniany lis i niedźwiedź polarny. Bo to są sprawy, których żadna organizacja ekologiczna nie rozwiąże.
A w ruchu ekologicznym nie chodzi tylko o wrażliwość. Tu chodzi o aktywność tak uświadamiającą społeczeństwo, jak i aktywność samą w sobie, pokazującą właśnie polityce, że przyroda potrzebuje ochrony. Specjaliści ujawniają problem, a politycy starają się go rozwiązać. Do tego ekolodzy starają się własnymi siłami przeciwdziałać wymieraniu gatunku, póki "maszyna polityczna" nie zacznie działać, a jak widać, różnie to bywa...
_________________ Marzy mi się przemianowanie "ochrony przyrody" na "przywrócenie przyrody". Słowo "ochrona" kojarzy się z jakimś dziwnym typem partyzantki, "przywrócenie" byłoby już pozytywną ekspansją.
I po ssakach
Margit Kossobudzka2008-10-10, ostatnia aktualizacja 2008-10-13 10:29
Jedna czwarta gatunków ssaków lądowych i jedna trzecia morskich jest zagrożona wyginięciem. W południowej i południowo-wschodniej Azji aż 80 proc. ssaków może wkrótce zniknąć - donoszą ekolodzy w specjalnym raporcie
To największy ze spisów ssaków, jaki kiedykolwiek powstał. Blisko 1,7 tys. uczonych ze 130 krajów świata pracujących pod agendą urzędującej w Szwajcarii Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (International Union for Conservation of Nature) przez pięć lat przeczesywało lądy oraz oceany, licząc i badając tę grupę zwierząt. W sumie pod lupę naukowców trafiło prawie 5,5 tys. gatunków (w tym po raz pierwszy też ssaki morskie). Wnioski z raportu przedstawionego w tygodniku "Science" są alarmujące. Połowę gatunków ssaków na naszej planecie dotknęła recesja. Mają się gorzej niż w poprzednim spisie przeprowadzonym 12 lat temu (choć wtedy dane nie obejmowały tak licznej grupy gatunków i nie były tak szczegółowe). Czyżby nadchodził koniec ery ssaków?
Gatunki w recesji
Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody co cztery lata przedstawia tzw. Czerwoną Księgę Ginących Gatunków. Z jej najnowszej wersji wynika, że najbardziej na świecie zagrożone są płazy (30 proc. gatunków), następnie ssaki (21 proc.), ptaki (12 proc.). Ryby i gady mają się nieźle (4-5 proc. gatunków jest niebezpieczeństwie). Księga grupuje zagrożone gatunki w ośmiu kategoriach:
1 - niedostatecznie rozpoznane, 2 - najmniejszej troski, 3 - bliskie zagrożenia, 4 - narażone, 5 - zagrożone, 6 - krytycznie zagrożone, 7 - wymarłe na wolności (co oznacza, że pojedyncze okazy czy nawet populacje mogą żyć jeszcze w hodowlach i ogrodach zoologicznych), 8 - wymarłe całkowicie. Za zagrożone wyginięciem uważa się należące do kategorii czwartej, piątej i szóstej.
W raporcie dotyczącym ssaków w kategorii krytycznie zagrożonych znalazło się 188 z badanych gatunków, m.in. żyjący w Hiszpanii i Portugalii ryś iberyjski. Szacuje się, że populacja dorosłych osobników tego gatunku wynosi ledwie od 84 do 134 sztuk.
Do wymarłych na wolności zaliczany jest chiński jeleń Milu. Żyje on jedynie w ogrodach zoologicznych, w tym w Polsce. Na szczęście ma się tam tak dobrze, że istnieje szansa przywrócenia go przyrodzie. Jednak dla 29 gatunków będących w podobnej sytuacji może być już za późno. Np. dla delfina chińskiego (rzecznego), który pływał tylko w rzece Jangcy. Jeszcze dziesięć lat temu naliczono tam 13 osobników. Teraz uczeni nie znaleźli ani jednego.
450 ssaków ze spisu zostało uznanych za "zagrożone", m.in. taraj (zwany kotem cętkowanym) żyjący w południowej Azji. Znalazł się w tej kategorii z powodu osuszania bagien, na których żyje i poluje na ryby. Podobnie foka kaspijska, której populacja spadła w ciągu ostatnich 100 lat o 90 proc. z powodu polowań i degradacji środowiska naturalnego.
Słoń afrykański za to odrodził się np. we wschodniej i południowej Afryce i awansował z kategorii "narażonych" do "bliskich zagrożenia". Do tej grupy uczeni zaliczyli 232 z badanych przez siebie gatunków.
Z raportu płyną też bardziej pocieszające wieści. Niektóre gatunki ssaków przeżywają renesans - ich populacja jest stabilna lub wręcz rośnie, np. naszego żubra czy żyjącego w środkowej części Ameryki Północnej tchórza czarnołapego. Niestety, dotyczy to tylko 5 proc. gatunków zbadanych przez przyrodników.
Na szczęście wciąż odkrywane są nowe ssaki, szczególnie na Madagaskarze i w Amazonii. Najmniej niespodzianek kryje kolebka ludzkości - Afryka.
Człowiek nie daje za wygraną
Niestety, to my zgotowaliśmy ssakom hekatombę. Zabieramy im miejsce do życia, jedzenie (przeławiamy oceany), polujemy na nie i zanieczyszczamy ich środowisko. Ssaki morskie wpadają w zastawione na ryby sieci (dotyczy to 80 proc. gatunków), są kaleczone przez statki. Szkodzą im zanieczyszczenia chemiczne i śmieci wyrzucane do morza. Kolejną przyczyną spadku ich liczebności jest hałas (szczególnie dotyczy to waleni, które są wrażliwe na dźwięki wojskowych sonarów) i zmiany klimatyczne.
Przyczyną rzadko bywają choroby (tylko 2 proc. przypadków), ale jak się już pojawią, potrafią wybić gatunek w kilka chwil. Przykładem jest diabeł tasmański cierpiący na wywoływany przez wirusy nowotwór pyska. W ciągu ostatniej dekady populacja tego gatunku zmalała aż o 60 proc!
Najbardziej cierpią zwierzęta duże - choćby z racji tego, że potrzebują więcej miejsca, a ludzie chętniej na nie polują.
Nawet jeśli uda się na chwilę ocalić pozostałe przy życiu ssaki (np. rozmnażając je w ogrodach zoologicznych), to nie znaczy, że dany gatunek przetrwa. Tylko różnorodność genetyczna gwarantuje bowiem dobrą kondycję i rozwój. Im mniej osobników, tym mniejsza pula genów do mieszania się. Prowadzi to do tego, że złe lub gorzej działające geny, np. słabszej odporności, nie są eliminowane. Zwierzęta zaczynają chorować i są w coraz gorszej formie. Przywrócenie ich przyrodzie może okazać się niemożliwe, bo będą za słabe, żeby poradzić sobie na wolności.
Publikując swój raport, Międzynarodowa Unia na rzecz Ratowania Przyrody rozpoczęła kampanię na rzecz ratowania ssaków.
Wprawdzie zwierzęta te zamieszkują prawie każdy kawałek naszej planety, ale szczególnie upodobały sobie m.in. Andy, niektóre regiony Afryki, Azję (szczególnie góry Hengduan w południowo-zachodnich Chinach), Malezję i wyspę Borneo. Są to zresztą miejsca bogate w zwierzęta wszystkich gatunków. Według Unii tak przyjazne dla życia obszary wymagają szczególnej ochrony. To ich ocalenie powinno być priorytetem dla ekologów, międzynarodowych organizacji ochrony przyrody i dla rządów.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Możesz załączać pliki na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum