W moim pięknym mieście dziki dają się karmić z ręki, chodzą całymi stadami w biały dzień (najwięcej naliczyłem 19 sztuk), młode bawią się z jamnikiem mojej sąsiadki...
Powoli staje się to zwierzę miejskie, jak gołąb
Szczytem wszystkiego była scenka kiedy locha urodziła młode pod moim domem karmiła je i podpuszczała ludzi na metr-dwa do siebie... A potem czytam w "Mały słownik zoologiczny. Ssaki" że samica wybiera do tego celu niedostępne miejsce w głębi lasu, z dala od innych dzików i atakuje wszystko co się rusza Kurczę, nie wiedziałem że mieszkam w takim mateczniku
A czy to dobrze czy źle? hmm... W końcu "Przystosowani pożyją dłużej". Parę gatunków, które do obecności człowieka nie potrafiło się przyzwyczaić źle na tym wyszło...
Satyr, z której ty jesteś dzielnicy? A nuż sąsiadami jesteśmy
Ja potwierdzam doniesienia Satyra, u nas te dziki już robią, co chcą. U mnie pod oknami przez kilka dni sobie nocowały.
Stado rozwścieczonych dzików wbiegło na teren zakładów przy ul. Partyzanckiej 57 w Pabianicach i zaatakowało ich pracowników - informuje "Express Ilustrowany".
Przerażeni ludzie wchodzili na dachy, zaś zwierzęta szalały na placu, a nawet w pomieszczeniach. Wszędzie było pełno krwi i szkła z powybijanych szyb. Robertowi Dobrzyńskiemu odyniec wbił kieł w łydkę...
W sobotę po godz. 16 dwie lochy, dwa odyńce i siedem warchlaków niespodziewanie pojawiło się w pobliżu krajowej "czternastki". Przebiegły ją i wpadły na plac przez otwartą bramę.
Po prostu szok! - opowiada Piotr Jach, świadek zdarzenia. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Dziki zaczęły biegać po całym terenie i były agresywne. Wszyscy wpadli w panikę. Kto mógł, ratował się, wskakując na dachy i ryglując drzwi - relacjonuje.
Zaczęły gryźć samochód szefa i nagle rzuciły się w moją stronę - opowiada ofiara dzika. Byłem już prawie w drzwiach, gdy jeden mnie dopadł... Szef w ostatniej chwili zamknął drzwi przed resztą stada. Wskoczyliśmy na regały i biurka, a dzik buszował kilka minut po pralni, po czym wbiegł po schodach na dach... - opowiada.
Na pomoc została wezwana policja, straż miejska. Jednak dopiero leśniczy Bogdan Kolasiński i dwóch członków koła łowieckiego wypędzili dziki z miasta. Aby przeprowadzić je przez jezdnię oraz dla bezpieczeństwa kierowców, na kilkadziesiąt minut policja wstrzymała ruch na ul. Partyzanckiej (pomiędzy ulicami Konstantynowską i Piłsudskiego). Zwierzęta wyprowadzono tam, skąd prawdopodobnie przyszły - na pola za zakładem Philips.
Chyba lekko przesadzili w tym artykule. Możliwe, że dziki prowadzące młode zaatakowały, ale bieganie po schodach na dach, gryzienie samochodu to już chyba nie bardzo.
Ten tekst mnie też wydaje się MOCNO naciągany. To brzmi, jakby dziki zmówiły się i przeprowadziły operację "Polowanie na człowieka". To nie folwark zwierzęcy. Nie był to na pewno żaden odwet, bo to tylko zwierzęta i nie są zdolne do zaplanowanego ataku, nie mszczą się też. Na pewno były zwyczajnie przestraszone. Kilka może chciało sie gdzieś schować, wpadły do budynku i w ataku paniki biegały bezładnie dookola. Zresztą komu to tłumaczę, trzeba by bylo porozmawiać z autorami artykułu, dlaczego robią ze zwierząt jakieś potwory. I skąd informacje? Świadek z pierwszej ręki też podszedł do tematu subiektywnie i przesadzil w zeznaniach, a większość tekstu brzmi, jak oparta na plotkach. Tak to jest, jak za pióra łapią się dziennikarze z lokalnych tabloidów.
trzeba by bylo porozmawiać z autorami artykułu, dlaczego robią ze zwierząt jakieś potwory.
Martina napisał/a:
Tak to jest, jak za pióra łapią się dziennikarze z lokalnych tabloidów.
W znakomitej większości dziennikarze Ci doskonale wiedzą jak jest naprawdę. Piszą tak, aby artykuł wyglądał atrakcyjnie - sensacyjnie (mocno go koloryzując). O bardzo podobnej sytuacji rozmawiałem z dziennikarzem, a on mo na to "Coś ty, przecież to nie jest gazeta dla przyrodników tylko dla zwykłych ludzi. Jak ktoś chce sobie poczytać o dziku to sięgnie do encyklopedii, a my mamy dostarczyć sensacji. Jakby to wyglądało, jakbym napisał, że przerażony zwierz miatał sie w lewo i w prawo, rozpaczliwie szukając wyjscia."
[ Komentarz dodany przez: Rey: 2006-10-29, 23:57 ]
Otóż to
Dzik wdarł się do przedszkola i zdechł na oczach dzieci
"Dziennik Zachodni" informuje: na placu zabaw jednego z gliwickich przedszkoli w poniedziałek pojawił się rozwścieczony dzik.
Jak relacjonuje gazeta, w poniedziałek po południu maluchy z przedszkola na gliwickim osiedlu Obrońców Pokoju wróciły ze spaceru na obiad. Parę chwil później na placu zabaw pojawił się dzik. Pierwsi zauważyli go rodzice, którzy przyszli po przedszkolaków.
Dzieci ani przez chwilę nie były w niebezpieczeństwie - uspokaja dyrektorka przedszkola Aleksandra Kruk.
To zwierzę od samego początku zachowywało się niespokojnie. Rzucało się na siatkę. Chciało się wydostać poza ogrodzenie. Było zakrwawione. Wreszcie przewróciło się na trawnik i chyba zdechło - opowiada jedna z matek Stanisława Szczepanik.
Do przedszkola przyjechali strażnicy miejscy - pilnowali, by nikt nie wchodził ani nie wychodził z przedszkola. Zebrani przed przedszkolem ludzie denerwowali się nie tylko dlatego, że musieli czekać, aż ktoś złapie zwierzę. Nie podobało im się też, że nikt nie przysłał weterynarza, a dzik skonał na oczach dzieci - dzieci całe zdarzenie oglądały przez okno. To nieludzkie. Ktoś powinien temu zwierzęciu pomóc - denerwowała się Stanisława Szczepanik.
Jak podaje "Dziennik Zachodni", początkowo na przedszkolny plac zabaw przez otwartą furtkę wbiegły dwa dziki. Jednak jeden z nich szybko wydostał się na zewnątrz i pobiegł w kierunku lasu.
Locha, która na placu zdechła, prawdopodobnie należała do stada, które wcześniej przebiegło przez pobliską drogę krajową nr 88. Tam cała rodzina dzików wpadła pod dwa nadjeżdżające samochody. Jedno ze zwierząt padło na miejscu. Oszołomiona ranna locha i inny dzik dobiegły aż do przedszkola.
Kilkadziesiąt uszkodzonych samochodów i zniszczonych ogrodów w ciągu niespełna roku. W Łagiewnikach dzikie zwierzęta nadal terroryzują mieszkańców
Coraz częściej wychodzą na osiedla mieszkalne. I choć od ponad roku wszyscy o tym mówią, nikt jeszcze nic konkretnego nie zrobił.
Mieszkańcy są przerażeni. Pan Robert mieszka w okolicach ul. Kryształowej. - Co drugi dzień je widzę. Nie jestem drobnej postury, ale nawet ja boję się wracać wieczorem z pracy, bo muszę iść koło lasu. Nie wiem, czy dzik mnie nie zaatakuje.
Dla niektórych towarzystwo dzikich zwierząt nie stanowi problemu. - Śmieci wyrzucam do kosza, a resztki jedzenia do lasu. Niech zwierzaki się najedzą. Czasami widzę przez okno, jak dziki korzystają z mojej dobroci - opowiada starsza kobieta mieszkająca na osiedlu tuż przy lesie łagiewnickim. Czy nie boi się, że kiedyś ją zaatakują albo narobią szkód? - One są przecież niegroźne - dziwi się.
- I w tym tkwi problem - uważa Bronisław Jabłoński, mieszkaniec ul. Czapli. - Dziki w ogóle się nie boją ludzi. Można spotkać je u nas wszędzie: na boiskach, przystankach autobusowych, jezdniach. Nie tylko co kilka dni powodują kolizje drogowe, ale także niszczą ogrody. Miałem piękną działkę - cztery tysiące metrów. Krzaki, drzewa, piękny trawnik. Teraz to ruina. Pilnowałem działki całe noce, odstraszałem zwierzaki hałasem. Wszystko na nic - ogród zniszczony. Szkody oszacowano mi na 17 tys. zł!
Pan Bronisław jest tylko jednym z ponad 30 mieszkańców Łagiewnik, którzy ucierpieli z powodu dzików i zdecydowali się walczyć o swoje prawa. - Wysłałem pismo do różnych władz i instytucji - bez rezultatu. Urząd Marszałkowski odpowiedział, że odszkodowania nam się nie należą. My jednak nie spoczniemy. Nie wykluczam, że z całą sprawą pójdziemy do sądu. Musimy się też koniecznie spotkać z władzami miasta - mówi Jabłoński.
Dlaczego w sprawie dzików od ponad roku nic nie postanowiono? - Bo nie wolno nam nic zrobić. Leśnictwo nie może samodzielnie dokonać odstrzału, a na terenie Łagiewnik nie ma koła łowieckiego. Natomiast dzików będzie jeszcze więcej. Odkryliśmy, że te mieszkające w Łodzi rozmnażają się w wielu przypadkach dwa razy do roku, a nie jak zazwyczaj bywa tylko raz. Naprawdę potrzebujemy pomocy - denerwuje się Dariusz Wrzos, kierownik leśnictwa miejskiego w Łodzi.
Czy władze zamierzają wreszcie zareagować? - Widzimy ten problem i to nieprawda, że nic nie robimy. To nie jest zła wola urzędników. Szukanie remedium po prostu trwa długo. Potrzebne są przecież m.in. opinie z Ministerstwa Środowiska. Naszym celem jest zmienienie prawa, które pozwoliłoby na odłów i przesiedlenie dzików z Łagiewnik. Odstrzału nie chcemy, bo byłby zbyt niebezpieczny dla ludzi. Myślę, że efekt osiągniemy w ciągu roku - wyjaśnia Inga Nowakowska z wydziału ochrony środowiska i rolnictwa UMŁ.
Co do odszkodowań, mieszkańcy niestety nie mogą liczyć na żadne pieniądze. - Dostajemy wiele pism z żądaniem rekompensaty za zniszczone przez dziki samochody i ogrody. Niestety, nie są to zwierzęta całorocznie chronione, tak jak na przykład łoś i dlatego nie można wypłacić pieniędzy za szkody. Jedyne, co mieszkańcy mogą zrobić, to uważać, jak jadą samochodem w Łagiewnikach, albo ubiegać się o odszkodowanie w magistracie - wyjaśnia Tadeusz Stańczyk, wicedyrektor departamentu rolnictwa i ochrony środowiska Urzędu Marszałkowskiego.
Co do odszkodowań, mieszkańcy niestety nie mogą liczyć na żadne pieniądze.
I to się zgadza, bo odszkodowania za dziki płacą myśliwi A skoro nie ma tam żadnego koła łowieckiego...
Rey napisał/a:
Naszym celem jest zmienienie prawa, które pozwoliłoby na odłów i przesiedlenie dzików z Łagiewnik.
A to z kolei jest dziwne. W Krynicy Morskiej jest taka sama sytuacja - nie ma koła, dziki rozmnażają się bardzo szybko - i właśnie są wywożone poza obręb Mierzei Wiślanej. Czyżby jakieś prawo lokalne zabraniało wywozu dzików? Dziwnie to trochę wygląda
_________________
Why should I hate you? You're perfect. It's you who should be hating me.
No good deed goes unpunished. [i] Winer [i]
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Możesz załączać pliki na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum